Skrzydła |Kendall Schmidt|


Znacie to uczucie, kiedy w jednym momencie wali Wam się cały świat, a Wy nie możecie nic z tym zrobić? 
Mam na imię Mary i jeszcze kilka lat temu byłam spokojną, poukładaną dziewczyną. Swoje życie wiązałam z pisaniem i książkami. Marzyłam o spokojnej pracy, domu z ogrodem i rodzinie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że los szykuje dla mnie ciąg wspaniałych zdarzeń, żeby chwilę potem odebrać mi wszystko, co było dla mnie ważne i zmienić moje życie o sto osiemdziesiąt stopni.
Pamiętam to, jak dziś. Miałam wtedy 19 lat i byłam świeżo po maturze. Właśnie zaczynały się wakacje, które po raz pierwszy miałam spędzić w Mieście Aniołów. Przez całe dwa miesiące miałam bowiem mieszkać u cioci – bogatej bizneswoman.  Kiedy tylko napomknęłyśmy z mamą o tym, że chcę studiować w Los Angeles, ciotka od razu zaprosiła mnie do swojego mieszkania, żebym przyzwyczaiła się do życia w najbardziej zaludnionym mieście Kalifornii . Gdybym tylko wiedziała, jak skończy się ten wyjazd, nigdy nie opuściłabym mojego rodzinnego Denver.
Do siedziby Hollywood dotarłam dokładnie 1 lipca. Po wyjściu z samolotu spokojnym krokiem przeszłam przez rękaw lotniczy, zmierzając w kierunku dużej hali, skąd miałam odebrać bagaże. Po wejściu do pomieszczenia podeszłam do jednej z czarnych, podzielonych na części taśm, aby po kilku minutach zdjąć z niej walizkę z moimi rzeczami. Postawiłam ją na podłodze i wyciągnęłam z kieszeni telefon, sprawdzając czy nie mam żadnych nieodebranych wiadomości lub połączeń. Z zaskoczeniem dostrzegłam jednego nieodczytanego SMSa od mojej cioci. Kobieta poinformowała mnie w nim, że niestety nie udało jej się wyrwać z pracy, więc nie ma jak odebrać mnie z lotniska. Nie byłam na nią za to zła. Wiedziałam, że ma dużo obowiązków i nie będzie w stanie ciągle przy mnie być, ale nie przeszkadzało mi to. W końcu byłam już dorosła i umiałam poradzić sobie sama.
Po wyjściu z budynku lotniska od razu uderzył mnie żar, lejący się z nieba. No tak, Los Angeles... Szybko zdjęłam z siebie czarną bluzę, a następnie przewiązałam ją w pasie i odblokowałam telefon, opierając się o walizkę. Jako że znałam adres ciotki, a pogoda była sprzyjająca, zamiast taksówki wybrałam spacer do mojego tymczasowego domu. Problem był tylko w tym, że nie znałam dokładnej trasy z lotniska, ale w końcu, od czego mamy internetowe mapy, prawda?
Z pozytywnym nastawieniem oraz przygotowaną w komórce trasą, ruszyłam przed siebie. Mijając olbrzymie korki samochodów i masy spieszących się ludzi, zaczęłam zastanawiać się, czy na pewno chcę tam studiować. Nie byłam przyzwyczajona do takiego hałasu, ani do takich tłumów. W Denver było o wiele ciszej i spokojniej. Ludzie nie spieszyli się tak bardzo, jak w Los Angeles, a auta nie korkowały dróg. Nie na taką skalę.
Z cichym westchnięciem przystanęłam na skrzyżowaniu, chcąc sprawdzić, gdzie dalej iść. Kiedy jednak chciałam odblokować telefon, nic się nie wydarzyło. Ekran komórki pozostawał ciemny, niezależnie od tego, co robiłam. Byłam przerażona. Utknęłam sama w środku wielkiego, nieznanego mi miasta, bez kontaktu z ciotką i bez wiedzy, w którą stronę pójść. Kompletnie nie wiedziałam, co zrobić. Zagubiona zaczęłam pytać o drogę przypadkowe osoby, a właściwie próbowałam to zrobić. Każdy jednak zbywał mnie, mówiąc że nie ma czasu lub po prostu omijał mnie, ignorując moje gadanie.
Zrezygnowana zaczęłam iść w stronę, którą podpowiadała mi intuicja. Nie wiem, jak długo tak szłam, ale w pewnym momencie poczułam, że nie dam rady dalej wędrować. Nogi zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa, a walizka z każdym krokiem wydawała mi się coraz cięższa. Zmęczona i zagubiona przycupnęłam na betonowym murku, żeby chociaż chwilę odpocząć i pomyśleć, co dalej zrobić.
— Wszystko w porządku? — Usłyszałam nagle męski głos. Zaskoczona uniosłam głowę, aby spojrzeć na chłopaka. 
— Tak, dlaczego pytasz? — Patrzyłam na niego niepewnie, na wszelki wypadek przytrzymując walizkę. 
— Wiesz, jest już dość późno, a ty siedzisz na betonowym murku z walizką i nie wyglądasz na zbyt szczęśliwą — powiedział chłopak, siadając obok mnie. — Co się stało? Zgubiłaś się, czy o co chodzi?
— Skąd wiesz? — pytam zaskoczona. — Aż tak to widać?
— To było pierwsze, co przyszło mi na myśl. — Wzruszył obojętnie ramionami. — W takim razie, dokąd szłaś? Znasz w ogóle adres?
— Niby dlaczego mam ci to powiedzieć? Jesteś zupełnie obcym kolesiem, wiesz? — Wstałam gwałtownie z murku, łapiąc mocniej rączkę od walizki.
— Spokojnie, chcę ci pomóc. Mieszkam w Los Angeles już od kilkunastu dobrych lat i znam praktycznie każdą ulicę. Naprawdę nie chcę zrobić ci nic złego.
—Umm... okay? A co chcesz w zamian?
— Nic. Tak trudno uwierzyć, że chcę ci bezinteresownie pomóc?
— Po prostu rzadko spotyka się takie osoby, jak ty. Takie, które nie chcą niczego w zamian. — powiedziałam, chwilę później podając chłopakowi adres mojej ciotki. Może byłam zbyt ufna, ale od nieznajomego biło jakieś takie dobro i ciepło, które sprawiało, że nie umiałam się go bać.
Drogę do domu cioci spędziliśmy na przyjemnej rozmowie. Chłopak niezbyt chętnie jednak mówił o sobie. Wolał, kiedy to ja zabierałam głos. Nie wydało mi się to dziwne, uznałam po prostu, że nieznajomy jest typowym słuchaczem, który nie lubi odzywać się zbyt często.
Wędrówka pomimo dość długiej trasy minęła mi bardzo szybko. Z nowym znajomym rozmawiało mi się tak dobrze, że nie chciałam tego kończyć, ale stając pod domem ciotki wiedziałam, że nie ma innego wyjścia. Poza tym, było już późno, a ja byłam okropnie zmęczona podróżą i jedynym, o czym marzyłam, była ciepła kąpiel i spokojny sen.
— Spotkamy się jeszcze?— zapytałam niepewnie, kiedy przyszła pora pożegnania.
— No pewnie. Jeśli chcesz, mogę oprowadzić cię jutro po mieście i pokazać kilka fajnych miejsc — zaproponował chłopak, wywołując tym samym szeroki uśmiech na mojej twarzy.
— W takim razie, podaj swój numer telefonu, jakoś się zgadamy — poprosiłam, sięgając odruchowo do kieszeni spodni po swoją komórkę.
— Nie mam telefonu. Znaczy, mam, ale nie używam. Wolę rozmawiać na żywo — stwierdził chłopak, trochę mnie szokując.
— Oh, okay... To, gdzie i o której godzinie się jutro widzimy?
— Przyjdę po ciebie, jakoś o 10 rano, pasuje?
— Jasne. — odpowiedziałam z uśmiechem, po czym pomachałam chłopakowi, który ruszył już w swoją stronę.
W dobrym humorze zadzwoniłam do drzwi posiadłości mojej cioci i już chwilę później byłam w objęciach zdenerwowanej kobiety. Niezbyt wiedziałam, o co chodzi, ale przypuszczałam, że ma to jakiś związek z moim rozładowanym telefonem. Jak się chwilę później okazało, nie myliłam się. Kiedy po powrocie do domu ciotka nie zastała mnie w żadnym z pokoi, zaczęła do mnie dzwonić, ale mój telefon był wyłączony. Zdenerwowana chciała już nawet dzwonić na policję, ale postanowiła jednak poczekać do końca dnia i całe szczęście.
Po wyjaśnieniu całej sprawy w końcu mogłam wziąć relaksującą kąpiel, a potem przykryć się po uszy miękką pierzyną i oddać się w objęcia Morfeusza.
Następnego dnia od razu po przebudzeniu w wyśmienitym humorze podreptałam do kuchni, gdzie ciocia przygotowywała sobie śniadanie do pracy. Przywitałam się z nią szybkim całusem w policzek, a następnie wzięłam z koszyka owoców jabłko i zaczęłam je zajadać, siadając na kuchennym blacie.
— A co ty taka szczęśliwa o 6:30 rano?—zapytała zaskoczona kobieta, w pośpiechu pakując do torby kanapki.
— Wczoraj poznałam świetnego chłopaka. Dzisiaj ma mi pokazać miasto i już nie mogę się doczekać naszego spotkania — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
— Jakiego chłopaka? Jak się nazywa? Ile ma lat? Gdzie go poznałaś? Mów mi wszystko w tej chwili. — Ciocia zaczęła standardowe przesłuchanie.
— Kendall ma 23 lata i jest bardzo sympatyczny. Poznałam go wczoraj na mieście. To on pomógł mi tutaj dotrzeć.
— Gdzie i kiedy macie się spotkać?
— Przyjdzie po mnie tutaj o 10. 
— Eh, dzisiaj już nie zdążę go poznać, ale następnym razem masz mi go tu przyprowadzić, jasne? Muszę wiedzieć, co to za jeden.
— Dobrze ciociu, poznasz go przy najbliższej możliwej okazji — zapewniłam, biorąc ostatni gryz owocu.
— No dobrze, to idę. Uważaj na siebie i gdyby coś się działo, to dzwoń — nakazała kobieta, wychodząc z domu. Ja natomiast zeskoczyłam z blatu i poszłam do pokoju, przygotować się na spotkanie z Kendallem.
Kilka godzin później pobiegłam otworzyć drzwi, słysząc dźwięk dzwonka. Tak jak przypuszczałam, za drzwiami zobaczyłam mojego nowego znajomego. Chłopak stał uśmiechnięty przed drzwiami, trzymając ręce w kieszeniach spodni.
— Hej, gotowa?— spytał, przeczesując palcami swoją krótką blond grzywkę.
— Założę jeszcze tylko trampki i możemy iść — stwierdziłam, wciągając jednocześnie na nogi czarne Vansy, co było dopełnieniem mojego stroju, składającego się z białego podkoszulka, czarnej koszuli w kratę przewiązanej w pasie oraz dżinsowych szortów. Po moim wyjściu z domu i zamknięciu drzwi na klucz, mogliśmy wreszcie ruszyć w miasto.
Przez cały dzień chodziliśmy po Mieście Aniołów, śmiejąc się i wygłupiając. Kendall pokazał mi najciekawsze miejsca w mieście, a ja zrobiłam mnóstwo zdjęć. Chłopak jednak nie chciał znaleźć się na żadnej z fotografii. Nie wydawało mi się to jednak dziwne. Przecież nie każdy lubi być na zdjęciach, prawda? Dziwne za to wydały mi się spojrzenia ludzi, patrzących na mnie jak na dziwoląga. Nie powiem, zrobiło mi się trochę przykro. Kendall doskonale to widział i zaproponował przeniesienie się w bardziej ustronne miejsce, żeby chwilę odpocząć.
— Kendall, możesz mi wyjaśnić, po co wspinamy się między tymi zaroślami? — zapytałam, stawiając niepewnie kolejny krok w celu dostania się na sam szczyt wzgórza, zewsząd otoczonego drzewami i inną roślinnością.
— Chcę ci coś pokazać, chodź. — Chłopak wyprzedził mnie o kilka kroków, pokonując trasę o wiele sprawniej niż ja.
— No idę, nie popędzaj. — Westchnęłam ciężko, próbując dotrzymać Kendallowi kroku. 
Wreszcie, po kilkunastu męczących minutach stanęłam na samym szczycie wzgórza, rozglądając się dookoła. Było tam naprawdę cudownie. Wzgórze bowiem okazało się jednocześnie prześliczną polaną, z której widać było całe miasto i kiedy za moimi plecami rozciągał się ciemny las, przed oczami miałam przepiękny horyzont z widokiem zapierającym dech w piersiach.
— I jak? Podoba się?— Usłyszałam gdzieś z boku niepewny głos Kendalla.
— Żartujesz sobie? Tu jest wręcz idealnie. — Spojrzałam zachwycona na chłopaka, który po moich słowach szeroko się uśmiechnął, dzięki czemu mogłam dostrzec w jego policzkach urocze dołeczki. Odwzajemniłam gest mojego znajomego, po czym podeszłam do krawędzi wzgórza i usiadłam tam, spuszczając nogi w przepaść. Po chwili Kendall dołączył do mnie i, już razem, podziwialiśmy przepiękne widoki, pozwalając ciepłemu wiatru owiewać nasze twarze.
Kolejne kilka godzin spędziliśmy w całkowitej ciszy, rozkoszując się spokojem. Dopiero, kiedy słońce zaczęło zachodzić, postanowiliśmy powoli wracać. Co prawda nie chciałam się stamtąd ruszać, ale wiedziałam, że nie mogę zostać tam wiecznie, choćbym nie wiem, jak bardzo tego chciała. Kendall odprowadził mnie pod same drzwi domu mojej cioci, obiecując że to spotkanie nie było naszym ostatnim. Słowa dotrzymał.
Następne kilka dni spędziłam na spacerowaniu z Kendallem po mieście i luźnych rozmowach, a kiedy mieliśmy już dość zgiełku miasta szliśmy na wzgórze, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć. Świetnie się dogadywaliśmy, a ja w pewnym momencie nieświadomie zaczęłam zadurzać się w chłopaku. Pragnęłam spędzać z nim coraz więcej czasu, choć i tak spędzaliśmy razem całe dnie.
Uświadomienie sobie tego, co czuję do Kendalla zajęło mi kilka tygodni, ale w tedy było już za późno. Wpadłam po uszy, a on zaczął się ode mnie oddalać. Coraz rzadziej się widywaliśmy i rozmawialiśmy ze sobą. Chłopak przestał przychodzić po mnie rano. Zazwyczaj spotykaliśmy się dopiero, kiedy poszłam na wzgórze. To tam ciągle przesiadywał. Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak nagle wszystko się między nami zepsuło i choć chciałam to wyjaśnić, nie miałam na to szansy, bo Kendall opuszczał wzgórze kilka minut po moim pojawieniu się tam. Bolało mnie to, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Wyjaśnienie dziwnego zachowania chłopaka przyszło jednak szybciej niż się spodziewałam.
Pewnego dnia, przemierzając galerię handlową w poszukiwaniu nowych butów, na jednej z ławek znajdujących się w galerii dostrzegłam smutną dziewczynę, ubraną całkowicie na czarno. W ręku ściskała gazetę, a w oczach miała łzy. Podeszłam do dziewczyny chcąc jej pomóc, ale kiedy zapytałam ją, co się stało, ona podała mi gazetę i to właśnie wtedy zawalił mi się cały świat.
Na okładce znajdował się Kendall. Mój Kendall. Jego zdjęcie było czarno-białe, a nagłówek mówił o jego śmierci. Blednąc, otworzyłam gazetę na odpowiedniej stronie i z niedowierzaniem zaczęłam czytać artykuł. Tekst opisywał całą karierę Kendalla, o której nie miałam pojęcia oraz wypadek samochodowy, którego chłopak nie przeżył. Przerażona sprawdziłam datę wydania gazety. 1 lipca – to właśnie wtedy poznałam Kendalla, a on wręcz doskonale odwracał moją uwagę od sklepowych witryn.
Nie oddając dziewczynie gazety zaczęłam biec przed siebie. Biegłam na wzgórze. Wiedziałam, że Kendall tam będzie. Chciałam jak najszybciej wyjaśnić to wszystko i usłyszeć, że to jakiś ponury żart. Zwykła plotka, której gazeta użyła do zwiększenia popularności. Po moich policzkach płynęły łzy, a ja w biegu potrącałam przypadkowych przechodniów, ale miałam to gdzieś. Wtedy liczył się tylko Kendall.
Kiedy dotarłam na wzgórze, on już tam był. Stał na krawędzi szczytu, ubrany całkowicie na biało. Wyglądał, jakby zaraz miał skoczyć. Zawołałam go, przełykając łzy. Odwrócił się w moją stronę, patrząc mi prosto w oczy. Nasze spojrzenia spotkały się, ale w oczach chłopaka nie widziałam już smutku, jak przez ostatnie kilka dni. Zamiast tego w jego zielonych tęczówkach dostrzegłam radość i beztroskę. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa.
— To prawda?— spytałam w końcu, pokazując mu gazetę.
— Tak — odparł spokojnie, nie ruszając się z miejsca.
— Czyli... czyli to wszystko było tylko wytworem mojej wyobraźni? Nasza znajomość, rozmowy, ty?! To dlatego ludzie tak dziwnie na mnie patrzyli, tak?! Dlatego, że gadałam z wytworem mojej wyobraźni?! Ale jak?! Nigdy w życiu cię nie widziałam! Jak mogłam sobie ciebie wyobrazić?!— krzyczałam załamana, zalewając się łzami. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nie chciałam w to wierzyć.
— Nie jestem wytworem twojej wyobraźni, Mary. Naprawdę istnieję, ale tylko ty mnie widzisz. Tylko ty miałaś na tyle czyste serce, żeby otrzymać taki dar i pomóc mi — powiedział chłopak, coraz bardziej przybliżając się do krawędzi.
— Jak ci pomogłam?! Co takiego zrobiłam?!
— Pokochałaś mnie. Dałaś mi szansę na nowe życie. — Chłopak zrobił ostatni krok i spadł w przepaść. Rzuciłam się załamana w stronę krawędzi, chcąc zobaczyć Kendalla po raz ostatni, ale nim zdążyłam cokolwiek zrobić, oślepił mnie niesamowity blask — Dziękuję, że pomogłaś mi zdobyć skrzydła. Będę Twoim Aniołem Stróżem, obiecuję.
— Kendall, czekaj! — wrzasnęłam, patrząc w stronę nieba, ale było już za późno. Chłopak unosił się na swoich majestatycznych, śnieżnobiałych skrzydłach, aby chwilę potem zniknąć między chmurami. A ja? Ja stałam załamana na krawędzi wzgórza, nie mając nawet siły na otarcie spływających po moich policzkach łez.
__________________________________________________________________

Hej!
Jak widzicie, tak właśnie prezentuje się jednorazówka, rozpoczynająca cykl one shotów. Jednorazówki te jednak nie będą publikowane regularnie, tak jak na początku planowałam. Będą one publikowane wtedy, kiedy będę miała na to ochotę. Pomimo że mam już napisanych kilka one shotów na zapas nie chcę po prostu musieć pilnować kolejnych terminów, bo może zdarzyć się tak, że pewnego dnia chęć pisania one shotów mnie opuści i będę musiała pisać na siłę, byleby opublikować tekst w terminie, a naprawdę tego nie chcę. Chcę, aby ta seria była fajną, luźną odskocznią od opowiadania właściwego. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu i te jednorazówki rzeczywiście będą fajną odskocznią. Każdy one shot będzie oczywiście o którymś z członków Big Time Rush. Jeśli chcecie, za tydzień pod rozdziałem mogę powiedzieć Wam, o kim będzie następna jednorazówka, która jest już napisana i czeka tylko na publikację.


Pewnie zauważyliście też grafikę, znajdującą się przed tekstem. Na początku, tak jak Was informowałam, grafika ta miała być wynikiem współpracy z jedną osóbką, z którą się kontaktowałam, jednak tak nie jest. Współpraca z tą osobą niestety posypała się i ustaliłyśmy, że nie użyję grafik tej osoby. No ale pewnie jesteście ciekawi, czyja jest ta grafika, skoro współpraca nie wyszła. Otóż, grafika wykonana jest w całości przeze mnie.
No właśnie, w notce sprzed miesiąca wspominałam, że interesuję się robieniem grafik i nawet coś tam umiem, więc w zaistniałych okolicznościach sama postanowiłam wziąć się za robienie grafik do swoich jednorazówek, także od teraz każda grafika, którą zobaczycie na blogu będzie należała do mnie. A tak na marginesie, jak podoba Wam się dzisiejsza grafika? Jest znośna?


Mam do Was jeszcze jedną prośbę. Jeśli macie jakieś tematy, czy wydarzenia lub miejsca, które chcielibyście, abym przedstawiła w którejś z jednorazówek, śmiało mi o tym napiszcie. Wraz z tymi informacjami możecie do pisać też, o którym z członków zespołu najchętniej byście przeczytali. Możecie pisać w komentarzach na blogu lub na moich portalach społecznościowych, jak to zrobiła Marta Gadomska, za co bardzo jej dziękuję i dla której będę miała za chwilę małą informację. Teraz jednak podaję poniżej nazwy wszystkich moich social mediów:

A teraz obiecana informacja dla Marty. Ta jednorazówka, pomimo że (chyba) wpasowuje się w wyzwanie, które mi dałaś, była stworzona długo przed e-mailem od Ciebie, więc nie traktuj tego, jak wykonania wyzwania. Już zaczęłam pisać jednorazówkę ściśle pod zadanie, które mi dałaś, aczkolwiek jeszcze nie wiem, kiedy się pojawi, więc proszę Cię jedynie o odrobinę cierpliwości.
No i to chyba wszystko, co chciałam Wam dzisiaj przekazać. O zmianach dotyczących moich blogów lub mojej działalności w social mediach będę informować Was na bieżąco.
P.S. Wyjaśnienia dotyczące tej niespodziewanej, dwutygodniowej przerwy pojawią się pod rozdziałem, czyli za tydzień w poniedziałek.

Do następnego.

Rozdział 117

ROZDZIAŁ 117
KILKA GODZIN PÓŹNIEJ
*per. Julii*
Siedzę w pokoju, zastanawiając się, co zrobić. Obiecałam Jake'owi, że na jutro zdobędę coś, co skompromituje Lilly, a nie chcę tego robić. Nie chcę, żeby Lilly stała się pośmiewiskiem całej szkoły, a dobrze wiem, że Jake nie zostawi kompromitującej informacji tylko dla siebie. Kompletnie nie wiem, jak to rozegrać.
Wpatruję się tępym wzrokiem w rozłożony przede mną blok rysunkowy, poruszając bezwiednie ręką z ołówkiem po śnieżnobiałej kartce. Jeszcze przedwczoraj rysowanie mnie relaksowało, ale dzisiaj chyba nic mi nie pomoże. Nie mogę nawet porządnie skupić myśli, bo pomiędzy wyborem między upokorzeniem Lilly a wyleceniem z bandy Jake'a, pojawia się sprawa z Henrym. Niby mam świadomość, że nasz związek jest już zakończony, ale mimo to nadal mam nadzieję na naprawienie naszych relacji. Zwariuję...
Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek do drzwi. Nie przejmuję się tym, dopóki nie słyszę głosu mojego mamy, wzywającego mnie do niej. Wychodzę niechętnie z mojej sypialni, po czym kieruję się do mojej rodzicielki. Zaskoczona staję wpół kroku, kiedy w drzwiach zauważam Lilly. Dziewczyna uśmiecha się przyjaźnie do mojej mamy, poprawiając spadający jej z ramienia plecak.
- O, Julcia, dobrze, że już jesteś. - mama przenosi na mnie wzrok, zauważając moją obecność. - Ta dziewczyna twierdzi, że Cię zna. To prawda?
- Tak, mamo, to Lilly. Chodzimy razem do klasy. - wyjaśniam, widząc niepewność w oczach kobiety.
- W takim razie zapraszam. - moja rodzicielka wpuszcza blondynkę do środka. - Chcecie coś do picia, dziewczynki?
- Ja dziękuję. - niebieskooka ponownie poprawia swój plecak, który dzisiaj widocznie się buntuje. Również dziękuję mamie za propozycję, a następnie prowadzę moją rówieśniczkę do swojego królestwa, trochę zdziwiona jej wizytą, chociaż powinnam być świadoma tego, że kiedyś ona nastąpi, zwłaszcza że sama podałam dziewczynie adres.
- Co Cię do mnie sprowadza? - pytam, patrząc rozbawionym wzrokiem, jak Lilly przegrywa ze swoim tornistrem i z ciężkim westchnięciem stawia go na podłodze.
- Wpadłam tylko na chwilę, bo mam coś dla Ciebie. - oznajmia, otwierając plecak.
- Czemu na chwilę? Jeśli chcesz, możesz zostać, i tak nie mam nic ciekawego do roboty. - siadam z powrotem przy biurku, żeby zamknąć nadal otwarty blok.
- Skoro tak, to spoko. O, jest, proszę.  - blondynka podaje mi kilka wydrukowanych zdjęć z jej osobą na pierwszym planie. Dziewczyna na większości fotografii robi głupie miny, ale jest też kilka, na których po prostu leży na podłodze, zaśmiewając się do rozpuku. Na sam widok tego na moją twarz wkrada się lekki uśmiech, chociaż nie wiem jeszcze, po co mi te zdjęcia. - Wybierz sobie któreś i daj Jake'owi... albo w sumie możesz dać wszystkie.
- Co? Jesteś tego pewna? - pytam zdziwiona, przestając się uśmiechać.
- Jasne, że tak. W klasie i tak mają mnie za wariatkę, więc kilka zdjęć potwierdzających to, w żadnym stopniu mi nie zaszkodzi. I, zanim zapytasz, jeszcze nie widziałam, żeby ktokolwiek w naszym wieku dzielił się publicznie takimi niepoważnymi zdjęciami, więc to idealny materiał na "upokorzenie" mnie. - dziewczyna siada na moim łóżku, wciąż się uśmiechając.
- Wow, odważna jesteś. - twierdzę, patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Czemu odważna? Po prostu jestem sobą i nie boję się tego pokazywać. Poza tym założę się, że co najmniej 90% dziewczyn w naszym wieku, a nawet starszych ma takie głupie zdjęcia. - blondynka wzrusza obojętnie ramionami, traktując to jak coś zupełnie normalnego.
- W sumie masz rację, nawet moja siostra je ma. Tylko nie mów jej, że wiem, bo zabije mnie za grzebanie w jej rzeczach. - śmieję się wspomnienie tamtych fotek Patrycji.
- Twoje tajemnice są u mnie zupełnie bezpieczne. - oznajmia Lilly śmiertelnie poważnym tonem, ale już po chwili nie wytrzymuje i wybucha śmiechem. - Nie umiem być aż tak poważna, wybacz.
- Nie dziwię się, że mają Cię za wariatkę. - chichoczę, a dziewczyna udaje obrazę i rzuca we mnie poduszką, nieświadomie rozpoczynając walkę na poduszki.
__________________________________________________________________
Hej!
Tak, jak obiecałam, wstawiam dzisiaj kolejny rozdział. Jeśli ktoś nie pamięta, jak skończyła się poprzednia część, odsyłam do jej przeczytania (TUTAJ).
Mam do Was jeszcze pytanie. Otóż, ostatnio piszę rozdziały tylko podczas słuchania muzyki, więc pomyślałam, że fajnie byłoby dzielić się z Wami tymi utworami. Myślałam nad zrobieniem playlisty na blogu lub pisaniem pod każdym rozdziałem, przy jakiej piosence dana część powstała. Co Wy na to? Chcielibyście? Która opcja jest lepsza?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Marta, Parker to nazwisko Jake'a. I nie, nie dałam go specjalnie. Po prostu to połączenie fajnie brzmiało.
Wiesz, jeśli chodzi o Lilly, to dzięki jej charakterowi, nie upokorzy jej chyba nic, bo ona niczego się nie wstydzi, serio.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Do następnego.

Wyjaśnienia i zmiany, czyli o przyszłości bloga słów kilka

Witajcie!
Po ponad miesiącu wracam do Was z kolejnym postem. Tym razem nie jest to jednak rozdział, ponieważ czuję potrzebę wytłumaczenia Wam, dlaczego tak długo mnie nie było i dlaczego nie dałam znać, że robię sobie przerwę. Chcę również napisać trochę o zmianach, które zajdą na blogu. Zanim jednak przejdę do szczegółów powiem Wam tylko, że będzie dużo powrotów, ale też trochę zupełnie nowych rzeczy, a także pożegnania.

Rozdział 116

ROZDZIAŁ 116

*per. Julii*
Po kilku minutach stania za szkołą i wdychania świeżego powietrza do płuc wchodzę z powrotem do budynku, zmierzając pod odpowiednią salę. Mam wrażenie, że zbyt łatwo poszło. No sorry, ale nie uwierzę, że do bandy Jake'a można dostać się jedynie po zapaleniu papierosa. Przecież to niedorzeczne. Parker robi o wiele gorsze rzeczy i przypuszczam, że tego też oczekuje od swojej bandy.
Lekko zaniepokojona przemierzam korytarze, co jakiś czas dostrzegając osoby ze szkolnego gangu Jake'a. Lilly miała rację, rzeczywiście są wszędzie. Ciekawi mnie tylko, po co. Wypatrują nowych ofiar, czy co? W sumie bym się nie zdziwiła, gdyby rzeczywiście tak było, ale nie powiem, trochę to chore.
- Ty, nowa, chodź na chwilę. - słyszę nagle Parkera, wchodząc na korytarz, gdzie znajduje się sale, do której podążam. Podchodzę niepewnie do chłopaka i jego dwóch kumpli, stojących pod ścianą.
- Co jest? - pytam obojętnym tonem, nadal udają, że wcale się ich nie boję.
- Nie jesteśmy do końca przekonani, czy na pewno nadajesz się do naszej paczki. - oznajmia Jake z kpiącym uśmieszkiem.
- Chyba sobie żartujesz. Przecież zapaliłam papierosa, czego Ty jeszcze chcesz?! - zdenerwowana podnoszę głos, bojąc się, co ci idioci wymyślili.
- Naprawdę myślałaś, że zapalenie papierosa wystarczy? Myślałem, że jesteś mądrzejsza. - śmieje się Parker, doprowadzając mnie swoim kpiącym tonem do szału.
- Okay, to co mam zrobić? Pobić któregoś z Twoich przydupasów, czy czego chcesz? - pytam, zerkając na kumpli chłopaka.
- Wystarczy, że zabierzesz tej lasce telefon, ale wiesz, tak w naszym stylu. - mówi szatyn, wskazując miejsce, gdzie stoi dziewczyna. Patrzę tam z lekkim strachem, bojąc się, kogo będę musiała zastraszyć, jednak kiedy widzę, na kogo pokazuje prześladowca, automatycznie blednę, a moja cała pewność siebie mnie opuszcza. - Ojoj, czyżbyś się przestraszyła? A może nadal się z nią przyjaźnisz, co?
- Żartujesz sobie? - przenoszę wzrok z powrotem na Jake'a, próbując ukryć przerażenie. - Nie przyjaźnię się z tą lalunią.
- Tak? A to nie z nią ostatnio przede mną zwiewałaś? - Parker podchodzi do mnie na niebezpieczną odległość, przez co muszę zadrzeć głowę do góry, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
- Zadawałam się z nią dla beki. Nawet nie wiesz, jaka jest żałosna. - kłamię, mając nadzieję, że chłopak w to uwierzy.
- Skoro tak, to dawaj. Zabierz jej telefon, ale w naszym stylu. Pokaż, że jesteś jedną z nas. - rozkazuje przywódca bandy, uświadamiając mi, że nie mam wyboru, jeśli chcę wypełnić swój plan.
- Patrz i ucz się. - mówię odważnie, po czym idę pod salę, gdzie stoi Lilly. Nie wierzę, że to właśnie ją muszą zastraszyć, ale muszę przyznać, że ten debil nieźle to sobie wykombinował. Zauważył, że trzymam się z Lilly, więc chce sprawdzić, czy byłabym w stanie zostawić ją dla bandy.
Pewnym krokiem podchodzę do dziewczyny i biorę głęboki oddech, przygotowując się do wykonania rozkazu Jake'a. Staję przed blondynką i odchrząkuję, żeby moja rówieśniczka oderwała wzrok od telefonu i przeniosła go na mnie. Moja metoda działa, już po chwili dziewczyna patrzy na mnie z niepewnym uśmiechem, zerkając co kilka sekund na Parkera i jego kumpli.
- Proszę, proszę, proszę. Kogo my tu mamy? - zmuszam się do kpiącego uśmiechu, wiedząc że wszyscy na korytarzu mnie obserwują.
- Co? - pyta zdezorientowana Lilly, nie bardzo wiedząc, co zrobić.
- Fajny telefon. Oddasz go po dobroci czy mam użyć siły? - pytam, podchodząc do mojej rówieśniczki na niebezpieczną odległość.
- O czym Ty mówisz? - dziewczyna odsuwa się, patrząc na mnie ze strachem.
- Przyjdź za kilka minut do łazienki. - proszę szeptem. - Czyli siłą? Sama chciałaś. - mówię kpiącym tonem, tak żeby Jake na pewno to usłyszał, a następnie dosyć mocno popycham dziewczynę na ścianę, po czym podcinam ją, przez co upada z piskiem na podłogę, a ja zabieram jej telefon. Przez cały czas jednak uważam, żeby nie zrobić Lilly żadnej krzywdy.
Dziewczyna patrzy na mnie ze łzami w oczach, na co odpowiadam przepraszającym wzrokiem i wracam do Jake'a, udając, że nie rusza mnie to, co właśnie zrobiłam. Chłopak patrzy na mnie z nieukrywanym podziwem, uśmiechając się lekko.
- No proszę. Jednak jesteś jedną z nas. Dobra, dawaj ten telefon. - Parker wyciąga rękę po własność Lilly. No tak, mogłam się tego spodziewać.
- Ja się nim zajmę. Ta naiwniaczka podała mi swoje hasło, więc jak wrócę do domu, przeszukam telefon i znajdę coś na maksa kompromitującego. Wiecie, żeby ją upokorzyć. - oznajmiam, chowając komórkę blondynki do tylnej kieszeni spodni.
- Zwykle się na to nie zgadzam, ale niech Ci będzie. Jeszcze jedna próba nie zaszkodzi. - twierdzi, a następnie odchodzi razem ze swoimi kumplami w tylko im znanym kierunku, a ja oddycham z ulgą, po czym pędzę do szkolnej toalety, widząc, że Lilly nie ma już pod klasą.
Tak jak prosiłam, moja rówieśniczka czeka na mnie w łazience. Kiedy tylko przekraczam próg pomieszczenia dziewczyna patrzy na mnie z lekkim strachem, rozglądając się za kimś z bandy Parkera.
- Spokojnie, jestem sama. Przepraszam za to na korytarzu, Parker kazał mi udowodnić, że się z Tobą nie zadaję. - uśmiecham się przepraszająco, wyciągając w jej stronę telefon, który jej zabrałam.
- Czemu mi to oddajesz? Jake pewnie będzie chciał go zabrać, jak wszystko, co zdobędzie jego banda. - mówi, patrząc na mnie ze smutkiem.
- Nie będzie chciał. Powiedziałam, że znam Twoje hasło i znajdę na jutro coś kompromitującego. Możesz zabrać telefon, tylko proszę, schowaj go dobrze, żeby nikt nie zauważył, że Ci go oddałam. Zobaczymy się później. - wciskam blondynce jej własność i wychodzę z toalety, słysząc dzwonek na lekcję.

______________________________________________________________
Hej!
Akcja cały czas coraz bardziej się rozkręca i wierzcie mi, będzie jeszcze ciekawiej. Wystarczy tylko trochę cierpliwości ;-)
Do następnego.

Rozdział 115

ROZDZIAŁ 115
NASTĘPNEGO DNIA
*per. Julii*
Do szkoły wchodzę kilka minut przed dzwonkiem i od razu idę po salę, rozglądając się za Lilly... lub Jakiem. Wczoraj cały wieczór myślałam, jak przekonać chłopaków do zrobienia projektu. Co prawda wpadłam na pewien pomysł, ale nie jestem do końca pewna, czy to najlepsze rozwiązanie. Szczerze mówiąc, wolałabym skonsultować to jeszcze z Lilly, więc mam nadzieję, że będzie dzisiaj w szkole.
- Psst... Julka. To ja, Lilly. - słyszę nagle szept dziewczyny, przechodząc obok toalet. Patrzę w tamtą stronę i rzeczywiście dostrzegam moją rówieśniczkę, chowającą się w łazience.
- Co Ty robisz? - wchodzę do damskiej toalety, patrząc rozbawionym wzrokiem na blondynkę.
- To nie jest śmieszne. Zobaczyłam Jake'a, więc postanowiłam się gdzieś schować, a toaleta była najbliżej. - tłumaczy niebieskooka, a mi, pomimo powagi sytuacji, uśmiech nadal nie może zejść z twarzy. - No nie śmiej się! Wymyśliłaś coś, czy nie?
- Tak, ale na pewno chcesz rozmawiać o tym tutaj? - pytam niepewnie, rozglądając się po niewielkiej łazience, w której znajduje się lustro, trzy kabiny i trzy niewielkie umywalki.
- To chyba najbezpieczniejsze miejsce, jeśli nie chcemy, żeby Jake nas usłyszał. On swoją bandę ma wszędzie. W każdym korytarzu jest przynajmniej jedna osoba z jego paczki, która wszystko mu donosi. - oznajmia Lilly, zadziwiając mnie. Nie sądziłam, że Jake jest tak dobrze zorganizowany. To może trochę utrudnić plan.
- Dobra, słuchaj. Długo o tym myślałam i doszłam do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli... dołączę do jego bandy. - twierdzę zgodnie z prawdą, a dziewczyna automatycznie blednie.
- Chcesz do nich dołączyć? - pyta cicho, nie dowierzając moim słowom. - Chcesz być taka, jak oni?
- Oczywiście, że nie chcę. Chodzi tylko o to, żeby jakoś przekonać ich do zrobienia tego projektu, tak? Posłuchaj, jeśli uda mi się przez jakiś czas z nimi trzymać i udawać, że nie trzymam się z Tobą, to pomyślą, że mam Cię gdzieś, tak? Wtedy będę mogła zaproponować, żebyśmy zrobili ten projekt i "upokorzyli" Cię przed całą klasą. No wiesz, przekonam ich, że będą mogli powiedzieć, że nic przy tym projekcie nie zrobiłaś, przez co dostaniesz jedynkę i rozpłaczesz się, bo jesteś wrażliwa, a tak naprawdę po lekcjach będę robić projekt z Tobą i wyjdzie na to, że chłopcy zrobili swoje części z własnej woli. - wyjaśniam dziewczynie swój plan, mając nadzieję, że się zgodzi.
- No w sumie dobry plan, ale trochę boję się, że staniesz się taka, jak oni. No wiesz, z kim przystajesz, takim się stajesz, i takie tam. - mówi Lilly, patrząc na mnie ze smutkiem.
- Nie stanę się taka, spokojnie. A na wypadek, gdyby jednak coś mi odbiło, daję Ci przyzwolenie na uderzenie mnie i doprowadzenie do porządku, okay? Będziesz mogła nawet zawiadomić moją siostrę, zgoda? - wyciągam do niej rękę, chcąc zawrzeć umowę.
- Zgoda. Jesteś niemożliwa. - blondynka ściska moją rękę, przewracając oczami z lekkim uśmiechem.
Chwilę później wychodzimy z toalety i już razem kierujemy się w stronę sali językowej, gdzie mamy mieć pierwszą lekcję. Po drodze mijamy Jake'a i jego kumpla. Parker, kiedy tylko nas widzi, jest gotowy do ataku, ale nie wiedzieć czemu, jego kumpel go powstrzymuje i coś do niego szepcze, wskazując na mnie. Kątem oka widzę, jak szatyn potakuje i odpuszcza, idąc na tyły szkoły. Okay, nie wiem, co tu się właśnie stało, ale jest to co najmniej dziwne.
Przez całą lekcję angielskiego zastanawiam się, jak dostać się do bandy Jake'a. Chłopaka nie ma na lekcji, więc siadam z Lilly, ale wiem, że niedługo będzie musiało się to zmienić, jeśli moje kłamstwo ma być wiarygodne. Coś czuję, że będzie ciężko. Najbardziej boję się, że po dostaniu się do paczki Parkera będę musiała prześladować innych uczniów, a nie chcę tego robić. Nie chcę ich bić, okradać, czy wyzywać. Nie chcę doprowadzać ich do płaczu. Jake działa głównie w podstawówce, a przecież tam są jeszcze dzieci. Dzieci, którym takie prześladowanie może pozostawić na psychice trwały ślad. Nie chcę udawać, że jestem taka, jak ten dupek. Nie chcę, ale muszę.
Podskakuję na krześle, słysząc dzwonek na przerwę. Rety, tak bardzo się zamyśliłam, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęła lekcja. Patrzę na otwarty zeszyt leżący przede mną i dostrzegam w nim tylko niedbale zapisany temat lekcji. No pięknie. Wygląda na to, że będę musiała przepisać tę nieszczęsną notatkę od Lilly.
Wstaję i szybkim krokiem wychodzę z sali, zostawiając w niej wszystkie rzeczy na godzinę wychowawczą, którą mam mieć za chwilę. Zmierzam pewnym krokiem w stronę tylnego wyjścia ze szkoły, wiedząc, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie zrobię tego nigdy. Z każdą chwilą jednak mój chód jest coraz bardziej niepewny, a ja coraz bardziej boję się spotkania z Jakiem. Niestety nim się orientuję, stoję już przed drzwiami ewakuacyjnymi, ściskając w dłoni klamkę. Nie ma już odwrotu.
Naciskam klamkę i popycham lekko drzwi, które z łatwością się otwierają, a do szkoły wlatuje lekki, ciepły wiaterek. Wychodzę za szkołę, chowając ręce do kieszeni bluzy, a następnie zaczynam rozglądać się za bandą Jake'a. Dostrzegam ich po chwili, dosłownie kilkanaście kroków przede mną. Zawzięcie o czymś dyskutują, paląc papierosy. Zbieram się na odwagę, po czym podchodzę do nich i odkaszluję, chcąc zwrócić ich uwagę. Mój sposób działa, już po chwili kilka par oczu wpatruje się we mnie ze zdziwieniem, zerkając na swojego przywódcę.
- A Ty tu czego? - pyta Parker, wydmuchując z płuc dym.
- Chcę do Was dołączyć. - mówię pewnym głosem, patrząc wprost na szatyna.
- Chcesz co? Dołączyć do nas? - chłopak patrzy na mnie rozbawiony. - Dziewczynko, nie przyjmujemy kujonek, ani grzecznych panienek, zapomnij.
- Kto powiedział, że jestem grzeczna? Już nie pamiętasz, jak Cię wczoraj obiłam? Pamięć zawodzi, czy po prostu to wyparłeś, bo wstyd Ci, że pokonała Cię dwa razy mniejsza od Ciebie laska? - podchodzę do niego z kpiącym uśmieszkiem. Chłopak patrzy na mnie z zamyśleniem, jakby zastanawiał się, czy mówię prawdę, czy ściemniam.
- Okay, ale musisz udowodnić, że naprawdę chcesz do nas dołączyć i nie jesteś taka grzeczna, jaka się wydajesz. Masz, zapal. - chłopak podaje mi papierosa i zapalniczkę, wziętą od jednego ze swoich kumpli. O kurczę, tego się nie spodziewałam. No i co ja mam teraz zrobić? Ja w życiu nie paliłam! Od samego smrodu dymu robi mi się niedobrze. Nawet nie chcę wiedzieć, co stanie się, kiedy wezmę to świństwo do ust. Wiem jednak, że nie mam wyjścia. Wszyscy patrzą na mnie wyczekująco, więc muszę grać. Nie mogę pozwolić, żeby Jake poznał mój plan.
Biorę od przywódcy bandy papierosa i zapalniczkę, po czym wkładam do ust to świństwo i podpalam je, a następnie po raz pierwszy w życiu wciągam dym do płuc. Od razu jednak czuję, że coś jest nie tak. W gardle zaczyna mnie okropnie drapać i chce mi się wymiotować. Szybko wyciągam papierosa z ust, a z moich płuc wydobywa się lawina kaszlu, którą udaje mi się opanować dopiero po kilku minutach.
- No nieźle mała, nie sądziłem, że serio to zrobisz. - mówi Jake, a w jego głosie słyszę coś na kształt podziwu.
- To jak? Jestem już w Waszej paczce? - pytam niepewnie, zrzucając papierosa na ziemię i depczę go.
- Niech Ci będzie, ale nie próbuj wywijać żadnych numerów. Wiem o wszystkim, co dzieje się w tej szkole, więc dobrze Ci radzę, nic nie kombinuj, bo źle się to dla Ciebie skończy. - grozi chłopak, po czym bierze swoją bandę i wchodzi mnie do szkoły, zostawiając mnie za szkołą z mdłościami i wewnętrzną satysfakcją, pomieszaną z obrzydzeniem.
______________________________________________________________
Hej!
Jak widzicie akcja się rozkręca, a rozdziały są coraz dłuższe. Mam nadzieję, że taka długość Wam odpowiada.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Marta, od razu, jak przeczytałam o wuefiście, skojarzyło mi się to z nauczycielem z TVNowskiej "Szkoły". Ostatnio oglądam zdecydowanie zbyt dużo paradokumentów.
No cóż, Jake nie cofnie się przed niczym, żeby postawić na swoim.
Tak, wiem, jak to zabrzmiało. Po prostu nie wiedziałam, jak to inaczej sformułować.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Do następnego!

Rozdział 114

ROZDZIAŁ 114
*per. Julii*
Wychodzę wraz z Lilly z sali matematycznej, w której przed chwilą miałyśmy lekcję. Widzę, że dziewczyna ciągle o czymś myli, ale nie pytam, o co. Nie chcę się narzucać. Jeśli będzie chciała, to sama powie mi, co zaprząta jej głowę.
- Tu jesteś! - słyszę nagle za plecami wściekły ton Jake'a. Odwracam się na pięcie w jego stronę i podnoszę lekko głowę, chcąc popatrzeć mu prosto w twarz.
- Czego jeszcze chcesz? - pytam odważnie, nie chcąc pokazać mu, że się boję, pomimo że w środku cała trzęsę się ze strachu.
- Doniosłaś na mnie, a w tej szkole nie lubimy donosicieli. - syczy przez zaciśnięte zęby chłopak, podchodząc do mnie coraz bliżej.
- Gdybyś nie dał mi powodu, to bym na Ciebie nie doniosła. - mówię, coraz bardziej się cofając.
- Na mnie się nie donosi, rozumiesz?! - wrzeszczy rozwścieczony napastnik, po czym zrzuca mi plecak z ramienia, z całej siły mnie popychając, przez co z hukiem ląduję na zimnej podłodze. Mój oddech gwałtownie przyspiesza i wiem, że nie dam rady się podnieść. Nie teraz, kiedy chłopak jest zdecydowanie zbyt blisko mnie.
Patrzę na Jake'a z przerażeniem, opierając się na łokciach i próbuję jak najszybciej wymyślić plan ucieczki, zanim zostanę pobita. Niewiele myśląc podnoszę nogę i kopię chłopaka z całej siły w brzuch, dzięki czemu on zgina się z bólu, a ja zyskuję kilka cennych sekund na podniesienie się z ziemi.
Parker patrzy na mnie z jeszcze większą wściekłością, po czym prostuje się, aby chwilę później rzucić się na mnie z pięściami. W ostatniej sekundzie udaje mi się uchylić przed pierwszym ciosem i złapać nadgarstek Jake'a, unieruchamiając go, a tym samym zatrzymując uderzenie. Zauważając chwilę swojej przewagi wykręcam chłopakowi rękę za plecy, po czym z całej siły popycham prześladowcę na najbliższą ścianę, dodatkowo podcinając go, dzięki czemu ląduje z hukiem na podłodze. Szybko biorę mój plecak i biegiem kieruję się w stronę wyjścia z budynku, w biegu łapiąc za nadgarstek Lilly. Nie chcę, żeby Jake się na niej zemścił, więc ciągnę przerażoną dziewczynę za sobą. Wszystko to trwa zaledwie ułamki sekund, ale ja mam wrażenie, jakby minęła wieczność.
Ze szkoły wypadamy kilka minut później. Kiedy wybiegałyśmy z korytarza, Jake dopiero się podnosił, więc mamy chwilę na odpoczynek. Opieram ręce o kolana, starając się wyrównać oddech. Walka z dwa razy większym ode mnie chłopakiem i nieprzerwany sprint przez kilka dość długich korytarzy z ciężkim plecakiem na ramieniu potrafią zmęczyć.
- Jak to zrobiłaś? - słyszę nagle cichy głos Lilly, stojącej kilka kroków za mną.
- Moja siostra chodziła kiedyś na karate i nauczyła mnie paru trików. - mówię, odwracając się do dziewczyny przodem.
- Okay, a słuchaj, co teraz zrobimy? Bo wiesz, Jake chodzi z nami do klasy i będzie chciał się na Tobie zemścić. - twierdzi blondynka, spoglądając co chwila, czy Jake przypadkiem nie biegnie w stronę drzwi.
- A Twoi rodzice napisaliby Ci usprawiedliwienie, gdybyśmy urwały się z reszty lekcji? - pytam, wybierając numer do Patrycji.
- No nie wiem, może jakbym im powiedziała, że źle się czułam, czy coś. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, więc nie jestem w stu procentach pewna.
- Dobra, to powiemy, że panuje jakiś wirus. Ty powiesz swoim rodzicom, że le się poczułaś, a ja powiem swoim i będzie po sprawie.
- Nie będzie po sprawie! Co z tego, że dzisiaj urwiemy się z lekcji? Jake nie odpuści. Poza tym przypominam Ci, że musimy jeszcze zrobić z nim projekt, więc nie damy rady go unikać.
- Kurczę, zupełnie zapomniałam o tym projekcie. - chowam twarz w dłoniach, starając się wymyślić coś sensownego. - Dobra, potem coś wymyślę. Na razie zadzwonię po Patrycję. Jedziesz do mnie, czy podwieźć Cię do domu?
- Nie trzeba, przejdę się. - uśmiecha się lekko dziewczyna, zarzucając plecak na oba ramiona, a ja dzwonię do mojej siostry. Na szczęście okazuje się, że Kendall jest w sklepie niedaleko, więc zaraz po mnie przyjedzie. Kurczę, muszę wreszcie namówić Patrycję na zrobienie sobie prawka.
Lilly stoi razem ze mną przed do szkołą, dopóki Kendall nie parkuje pod szkołą. Ruszamy w stronę jego auta, a dziewczyna macha mi i już chce iść w swoją stronę, kiedy nagle słyszymy, jak ktoś wybiega ze szkoły. Jake. Niemal siłą wpycham Lilly do samochodu, po czym sama czym prędzej do niego wsiadam, zatrzaskując drzwi.
- Jedź! - rzucam do Kenda, obserwując jak z każdą sekundą Parker jest coraz bliżej pojazdu.
- Spokojnie, zapnijcie pasy. - chłopak mojej siostry zdaje się nie mieć pojęcia, co się dzieje. No tak, nie mówiłam mu o Jake'u. Nie ma prawa wiedzieć.
- Błagam Cię, ruszaj już! - krzyczę, blokując drzwi od środka. Wiem, że Jake nie cofnie się przed niczym, więc wolę zrobić wszystko, co mogę, żeby nas nie dopadł.
- Dlaczego blokujesz drzwi? - pyta zdziwiony blondyn, patrząc na mnie w lusterku.
- Nie ma czasu na pytania, jedź już! - zapinam szybko pasy i wtedy prześladowca dopada do auta. Na całe szczęście dokładnie w tym samym momencie Kendall decyduje się ruszyć, dzięki czemu zostawiamy chłopaka daleko w tyle.
Dopiero wtedy patrzę na Lilly. Jest naprawdę przerażona. Pocieram lekko jej ramię, patrząc na nią uspokajającym wzrokiem. Dziewczyna usadawia się lekko na siedzeniu i opiera głowę o zagłówek, zamykając na chwilę oczy. Wiem, że Kendall widzi to w lusterku i jestem mu wdzięczna, że o nic nie pyta. Jedzie w ciszy, dając nam uspokoić nerwy. Przybliżam się lekko do Lily w celu zapytania jej o adres, po czym przekazuję informacje naszemu kierowcy. W końcu musi wiedzieć, gdzie odwieźć blondynkę, prawda?
Przez całą trasę moja rówieśniczka nie otwiera oczu, ale jej oddech z każdą chwilą jest spokojniejszy. Przez chwilę wydaje mi się nawet, że zasnęła, ale kiedy Kendall zatrzymuje auto na jej ulicy, dziewczyna otwiera oczy. Cicho dziękuje za podwózkę, po czym wysiada z auta i wchodzi do dużego bloku, omijając dzieciaki bawiące się przed budynkiem.
- To co? Wyjaśnisz mi to? - pyta blondyn, ruszając w stronę hotelu.
- Nie teraz, dobra? Chcę już do domu. W weekend do Was wpadnę i wszystko Ci opowiem. - obiecuję, a chłopak już więcej się nie odzywa. I dobrze. Przynajmniej mam chwilę spokoju.
Pół godziny później wchodzę szybkim krokiem do hotelu i wbiegam po schodach na odpowiednie piętro, nie mając ochoty czekać na windę. Wchodzę do apartamentu, a następnie od razu zamykam się w moim pokoju, gdzie odkładam plecak i rzucam się na łóżko, starając się wymyślić jakiś sposób na unikanie Jake'a.

______________________________________________________________
Hej!
Wiem, że ten rozdział powinien pojawić się wczoraj, ale niestety dopadło mnie ostre zapalenie ucha oraz gorączka i prawie cały dzień przeleżałam w łóżku, nie mając na nic siły, dlatego publikuję rozdział teraz, żeby nie robić znowu dłuższych przerw.

A, no i dzisiaj nie będzie odpowiedzi na komentarze sprzed tygodnia. Wybaczcie, ale piszę tę notkę kilka minut przed dwudziestą i już po prostu nie zdążę, zwłaszcza że mój Internet pozostawia ostatnio wiele do życzenia.
W przyszłym tygodniu będzie już normalnie, obiecuję.
Do następnego!

Rozdział 113

ROZDZIAŁ 113
*per. Julii*
Siedzę po turecku pod salą lekcyjną, czytając wymagania do projektu z chemii i zastanawiam się, jak zmusić chłopaków do zrobienia przynajmniej części pracy. Wiem, że są uparci i agresywni, więc nie sądzę, że pójdzie mi to łatwo, zwłaszcza że Lilly się ich boi i będzie powstrzymywać mnie przed powiedzeniem im czegokolwiek złego. Muszę szybko znaleźć na nich jakiś sposób, bo nie mam zamiaru odwalać roboty za nich. Nie na tym polega ten projekt.
Wstaję z podłogi, po czym zaczynam przemierzać korytarze w poszukiwaniu Jake'a lub jego kolegi, chcąc dać im wcześniej zrobione kopie wymagań, żeby mogli się z nimi zapoznać. Chłopaków nie ma nigdzie na terenie gimnazjum, więc wkraczam niepewnym krokiem do podstawówki, trochę bojąc się, że znów zobaczę tam Jake'a gnębiącego jakiegoś dzieciaka. Niestety moje obawy okazują się słuszne. Po wejściu na jeden z korytarzy dostrzegam chłopaka, dosłownie wydzierającego się na przerażoną piątoklasistkę, która trzęsącą się ze strachu dłonią podaje prześladowcy swój telefon. Kręcę z dezaprobatą głową, a następnie podchodzę do Jake'a i wyrywam mu komórkę, z uśmiechem oddając ją dziewczynce.
- Znowu Ty?! Zamierzasz teraz za mną łazić i bronić innych, niczym kobieca wersja Robin Hooda, czy o co Ci chodzi?! Czego Ty znowu chcesz?! - krzyczy wściekły chłopak, a jego głos odbija się echem, rozprzestrzeniając się na cały korytarz.
- Uspokój się, nie mam zamiaru za Tobą łazić. Mam lepsze rzeczy do roboty, wierz mi. Chciałam Ci tylko dać wymagania do projektu z chemii. Wybierz sobie, którą część chcesz robić i daj mi znać. - mówię, podając Jakowi kartkę. Chłopak bierze ją, po czym patrzy na mnie z niedowierzaniem pomieszanym ze wściekłością, a następnie drze kartkę na drobne kawałeczki i rozrzuca je po korytarzu.
- Ty chyba jeszcze nie wiesz, z kim rozmawiasz dziewczynko. Nie będę robił żadnego projektu, zrozumiano?! - wrzeszczy, łapiąc mnie za nadgarstki i przyciska mnie do ściany.
- Puszczaj mnie Ty świrze! - zaczynam się szarpać, mocno przerażona.
- No, nareszcie zaczynasz się bać! Nie jesteś już taka odważna, co?! - chłopak przybliża swoją twarz do mojej, a w jego oczach dostrzegam szaleństwo.
- Jesteś jakiś nienormalny! - krzyczę, szukając jednocześnie drogi ucieczki, jednak nie mam szans wyrwać się o wiele silniejszemu napastnikowi.
Nagle z sąsiedniego korytarza dochodzi nas dźwięk obcasów stukających o posadzkę. Jake przyciąga mnie do siebie, odgrażając się, że jeszcze ze mną nie skończył, po czym popycha mnie na ścianę i odbiega. Przed moimi oczami pojawiają się mroczki, spowodowane uderzeniem głowy o ścianę. Kucam z bólem na podłodze, próbując opanować zawroty głowy, jednocześnie powstrzymując cisnące mi się do oczu łzy.
- Julia? Dziecko, słyszysz mnie? Co Ci jest? - pyta mnie po chwili jakiś damski głos. Podnoszę dotychczas schyloną głowę i widzę kucającą przede mną wychowawczynię.
- Jake uderzył mną o ścianę. - szepczę, nauczona, żeby zgłaszać takie zachowania osobo dorosłym.
- Jake? Jake Parker? - upewnia się kobieta, na co kiwam lekko głową, chcąc potwierdzić jej przypuszczenia. - Dobrze, idziemy do Pana dyrektora i zadzwonimy po Twoich rodziców. Dasz radę wstać?
- Chyba tak. - podnoszę się z pozycji kucającej, a następnie podążam za nauczycielką do najważniejszego pomieszczenia w budynku. Przemierzając korytarze, przykładam rękę do tylnej części głowy, sprawdzając, czy nie leci mi krew. Na całe szczęście na moich palcach nie pojawia się nic czerwonego, więc trochę spokojniejsza wchodzę do gabinetu  starszawego mężczyzny rządzącego szkołą, po czym na jego prośbę zaczynam opowiadać, co się stało.
- Dobrze, podaj mi numer do jednego z Twoich rodziców. - prosi dyrektor po wysłuchaniu mojej wersji wydarzeń. Bez problemu podaję mu numer i zostaję oddelegowana do sekretariatu, gdzie mam czekać na mamę, która dociera do szkoły dopiero po kilkunastu dłużących się minutach, po których wracam do gabinetu dyrektora, wprowadzając tam moją rodzicielkę.
- Dzień dobry. - kobieta uśmiecha się sympatycznie i podaje dyrektorowi rękę.
- Dzień dobry, proszę usiąść. - mężczyzna ściska jej dłoń, wskazując na krzesło stojące przed biurkiem. - Proszę Pani, Julia sprowokowała swojego kolegę z klasy, po czym oskarżyła go o pobicie.
- Słucham? - moja mama patrzy na mnie, blednąc.
- Wcale tak nie było! - protestuję zszokowana, nie wierząc w to, co słyszę.
- Nie krzycz Julia. Przed chwilą mówiłaś coś zupełnie innego, więc proszę, abyś teraz się tego nie wypierała, tak? Bierz odpowiedzialność za swoje słowa i czyny. - dyrektor patrzy na mnie surowo, po czym przenosi wzrok z powrotem na moją rodzicielkę.
- Nie, nie wierzę. Pan mówi mi o braniu odpowiedzialności za swoje czyny, podczas gdy Jake zostaje niewinny? Naprawdę? Szkoda tylko, że to właśnie Jake chodzi po całej szkole, prześladując dzieciaki z podstawówki i jakoś nikt z tym nic nie robi. - mówię, mając nadzieję, że to jakiś ponury żart.
- Jako że jesteś tu nowa i to Twój pierwszy wybryk nie dam Ci żadnej kary, ale na następny raz uważaj kogo i o co oskarżasz. - poucza mnie mężczyzna.
- Wszyscy tu jesteście nienormalni. - twierdzę, po czym wychodzę z gabinetu najszybciej, jak mogę, mając gdzieś, czy dostanę jakąś karę, czy nie.
Szybkim krokiem zmierzam pod salę, pod którą zostawiłam mój plecak, chcąc opuścić już budynek. To dopiero drugi dzień, a ja już mam dość tej chorej szkoły. Zastanawia mnie tylko, dlaczego wszyscy bronią Jake'a i nie dają powiedzieć o nim złego słowa, nawet jeśli mówi się prawdę. Ma jakieś wtyki u dyrekcji, czy jak?
- Julka! Julka, stój! - słyszę nagle znajomy głos, więc zatrzymuję się i patrzę w kierunku źródła dźwięku. W moim kierunku biegnie Lilly, trzymająca w ręku mój plecak. Uśmiecham się lekko, kiedy dziewczyna zatrzymuje się krok przede mną, po czym odbieram od niej mój plecak.
- Dzięki. Ej, czemu nie było Cię na pierwszej lekcji? - pytam zaciekawiona, zarzucając tornister na ramię.
- Miałam wizytę u dentysty, wiesz taką kontrolną. A Ty czemu opuściłaś drugą lekcję? - blondynka patrzy na mnie lekko zmartwiona.
- Miałam mały spór z Jakiem. A właśnie, robimy z nim projekt, trzymaj wymagania. - podaję dziewczynie kartkę z wymaganiami.
- Czekaj, czekaj. Spór z Jakiem? Robimy z nim projekt? Nie było mnie tylko jedną lekcję, ile mogło mnie ominąć?! - Lilly patrzy na mnie zszokowana, więc zaczynam wszystko jej opowiadać. - Wow, widać, że masz dar do przyciągania problemów.
- Ano, mam, więc się przyzwyczajaj, bo siedzimy w tym razem. Przynajmniej do zakończenia projektu. - oznajmiam i ruszam w kierunku następnej sali lekcyjnej, postanawiając zostać na przynajmniej jeszcze jednej lekcji. Lilly dotrzymuje mi kroku, ciężko o czymś myśląc. Nie zdąża jednak zdradzić mi swoich przemyśleń, gdyż pod salę dochodzimy równo z dzwonkiem i od razu idziemy na lekcję.

______________________________________________________________
Hej!
Wiem, rozdział miał się pojawić o 20, ale niestety nie będzie mnie o tej godzinie w domu i nie będę miała jak go opublikować, więc pojawia się już teraz.
Jak również widzicie, w końcu zaczyna się coś dziać. Gwarantuję Wam, że w kolejnych rozdziałach będzie działo się o wiele więcej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Marta, szanuję za Inkę. Najlepsza kawa bezkofeinowa na świecie, przynajmniej dla mnie.
Zdecydowanie podświadomość Julki robi jej nieprzyjemne psikusy, a zniknięcie zdjęcia może jej nie pomoże, ale na pewno da nadzieję, że może Henry i Emma nie są razem.
Oj, nie będzie kolorowo.
Viv, wróciłaś! A już się bałam, że Twoje komentarze będą tylko chwilowe.
Takie znikające zdjęcia są naprawdę bardzo zagadkowe. Ja sama też czasami zastanawiam się, czy jakaś para nadal jest razem, kiedy z ich profilów znikają wspólne zdjęcia.
Julka na pewno nie da się przekonać na odwalenie całej roboty za chłopaków, ale nie wiem, czy uda jej się zmusić ich do pracy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Do następnego.