Rozdział 106

ROZDZIAŁ 106
*per. Julii*
Samolot po kilku godzinach ląduje w Los Angeles. Pociągam nosem i wychodzę z maszyny wraz z Kasią i Jamesem. Jestem w okropnym stanie. Zmęczona, głodna, zapłakana, załamana. Jedyne, o czym teraz marzę, to ciepłe łóżko i sen. Na razie chcę tylko odpocząć. Potem będę myśleć, co dalej.
Wsiadam na tylne siedzenia samochodu Maslowa, a Kasia zajmuje miejsce obok mnie. Odkąd powiedziałam jej, co się stało, niemal cały czas tuli mnie i uspokaja, a ja cały czas wpatruje się w zdjęcie Henry'ego, nadal znajdujące się na tapecie mojego telefonu. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko naprawdę się dzieje. Ta cała sytuacja jest jak jeden wielki koszmar, z którego chcę jak najszybciej się obudzić.
Pod hotel dojeżdżamy po około pół godzinie. James zatrzymuje samochód na parkingu, a Kasia wysiada wraz ze mną, chcąc odprowadzić mnie pod same drzwi mieszkania. Zarzucam na ramię plecak i wchodzę do wnętrza budynku, gdzie na jednym z foteli ze zdziwieniem dostrzegam Patrycję. Patrzę pytająco na Kasię, mając nadzieję, że jeszcze nie zdążyła poinformować mojej siostry o tym, co się stało.
- Ja jej nic nie powiedziałam. - dziewczyna podnosi ręce w obronnym geście, odgadując moje myśli.
- No to co tu robi? - pytam szeptem, nie chcąc zwrócić uwagi blondynki.
- A ja wiem? Nie kontaktowałam się z nią od wylądowania w Nowym Yorku. - twierdzi szatynka, co zwraca uwagę mojej siostry.
- No nareszcie jesteście. Ile można na Was czekać? - pyta retorycznie ze śmiechem, po czym podchodzi do nas i przytula każdą z nas na powitanie.
- Oj no wiesz, korki. - śmieje się Kasia. - No dobra, to ja lecę, bo Jamie pewnie się niecierpliwi. Pogadamy w domu.
- Pewnie, leć. - uśmiecha się Patrycja, a nasza przyjaciółka macha nam i wychodzi z hotelu, zostawiając nas same. - No i jak było? Henry pewnie się ucieszył, jak Cię zobaczył?
- Ta, nie do końca. - odpowiadam cicho, wchodząc z nią do windy.
- Co? - pyta zdziwiona. - Jak to?
- Wiesz, był zbyt zajęty całowaniem się ze swoją dziewczyną. - oznajmiam smutna.
- Przecież Ty jesteś jego dziewczyną. - twierdzi z uśmiechem, a ja patrzę na nią jak na idiotkę. - Zaraz, zaraz... zdradził Cię?
- Brawo Sherlocku. - mówię z sarkazmem, wychodząc z windy.
- Ej, ale z kim? Czemu? - pyta zszokowana, dotrzymując mi kroku.
- Ta dziewczyna twierdzi, że podobno są razem od pół roku, więc nie dziwne, że się z nią całował. - opowiadam Patrycji, a do moich oczu na powrót napływają łzy.
- No to po co pytałby Cię o chodzenie? - Pati patrzy na mnie z niedowierzaniem, a ja widzę, że nie mieści jej się to w głowie.
- A skąd mam wiedzieć? Może chciał sobie ze mnie zażartować? A może sądził, że nie dowiem się o tamtej dziewczynie? Nie wiem, nie siedzę w jego głowie. - mówię załamana i wbiegam do apartamentu, gdzie czekają na mnie rodzice. Omijam ich jednak, pędząc prosto do swojego pokoju. Wpadam tam, a następnie zamykam drzwi na klucz. Rzucam plecak na podłogę, po czym przebieram się w pidżamę i kładę się do łóżka, uwalniając łzy. Moim ciałem wstrząsają szlochy, a do mojej sypialni dobijają się zaniepokojeni rodzice, ale nie otwieram ich. Zakopuję się w kołdrę, przytulając mojego starego pluszaka i daję się porwać zmęczeniu.
______________________________________________________________
Hejo!
Wybaczcie spóźnienie, mam teraz dużo pracy i nie dałam rady się wyrobić. Postaram się, żeby następny rozdział był już o normalnej godzinie, ale nie obiecuję, że się uda. A teraz przejdźmy już do odpowiadania na komentarze sprzed tygodnia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Marta, to prawda, tamten rozdział jest dłuższy od poprzednich. Po prostu, tak jak wspominałam, chciałam zawrzeć cały wyjazd do Nowego Yorku w jednym wpisie.
Wiesz, Henry ma dużo różnych, niekoniecznie mądrych pomysłów. Nawet nie przyszło mu do głowy, że Julka może się o tym dowiedzieć.
Nie, ale jeśli raz całował się z inną, to czemu nie miałby zrobić tego kilka razy? Przecież nikt nie wie, ile tak naprawdę dziewczyn ma Henry, ani z kim się całuje, czyż nie?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Na dzisiaj to tyle, więc widzimy się w piątek na moim drugim blogu (TUTAJ).
Ps. Zaczynam udzielać się na moich portalach społecznościowych, więc wbijajcie na Instagrama (TUTAJ), gdzie czeka już na Was pierwszy z regularnych postów.
Do następnego.

Rozdział 105

ROZDZIAŁ 105
KILKA GODZIN WCZEŚNIEJ
*per. Julii*
Taksówka parkuje pod domem Pani Maslow, zgodnie z prośbą Jamesa. Nadal nie mogę uwierzyć, że naprawdę jestem w Nowym Yorku i już za kilka minut zobaczę się z Henrym. Szybko zamieniam kilka słów z Kasią i Jamesem, po czym biegnę do gimnazjum mojego chłopaka, które szczęśliwie znajduje się tuż za rogiem.
Biorę głęboki oddech, a następnie wchodzę niepewnie do budynku szkoły i idę na pierwsze piętro, pod salę, w której blondyn według Teri ma ostatnią lekcję. Staję niedaleko drzwi, czekając na dzwonek oznajmiający koniec zajęć. Opieram się o ścianę i z uśmiechem zaczynam wpatrywać się w wejście do sali.
Kilka minut później daje się słyszeć ostatni w tym dniu dzwonek. Odpycham się lekko od ściany i zaczynam wypatrywać Henry'ego. Chwilę później z sali wychodzą wszyscy oprócz niego. Teri jednak, podczas naszej ostatniej rozmowy twierdziła, że jej brat na sto procent jest dzisiaj na lekcjach. Podchodzę trochę zdziwiona do drzwi i z lekkim uśmiechem zaglądam do sali, myśląc że zastanę blondyna pakującego swoje rzeczy, czy coś takiego. Jednak obraz, jaki pojawia się przed moimi oczami przekracza moje wszelkie wyobrażenia, a uśmiech momentalnie schodzi mi z twarzy.
Henry stoi tyłem do drzwi, całując się z dziewczyną ze zdjęcia. Jego ręce obejmują jej talię, a ona przytula się do niego. W moich oczach pojawiają się łzy, a moja twarz robi się niemal przezroczysta.
- H-Henry? - odzywam się cicho, łamiącym się głosem. Chłopak odrywa się zaskoczony od dziewczyny i odwraca się w moją stronę. Kiedy mnie zauważa, automatycznie blednie i odchodzi kilka kroków od dziewczyny.
- Julka, skarbie, to nie tak jak myślisz. - twierdzi, zaczynając do mnie podchodzić, a ja odbiegam, nie chcąc słyszeć jego tłumaczeń. - Julka!
Zbiegam ze schodów i przeciskam się pomiędzy tłumem uczniów, wychodzących ze szkoły, chcąc jak najszybciej wydostać się z budynku. Słyszę wołanie Henry'ego, ale nie zatrzymuję się. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie teraz. Czując, że blondyn jest tuż za mną, przyspieszam. Wypadam ze szkoły i zaczynam biec przed siebie. Nie wiem, gdzie. Po prostu przed siebie.
Nie mam pojęcia, ile mija czasu, gdy w końcu dobiegam do jakiegoś parku. Siadam załamana na pierwszej, lepszej ławce i uwalniam dotychczas powstrzymywane łzy. Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Henry naprawdę całował się z tamtą dziewczyną. Teraz już wiem, dlaczego mi nie odpisywał i skąd na jego tablicy wzięło się to zdjęcie. Chowam twarz w dłonie, opierając łokcie o kolana. Żałuję, że tu przyjechałam. Gdybym odmówiła Kasi i Jamesowi, żyłabym w błogiej nieświadomości i wszystko byłoby w porządku. Jeszcze nigdy w życiu nie chciałam cofnąć czasu tak bardzo jak teraz.

*per. Henry'ego*
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie! Julka nie mogła zobaczyć mojego pocałunku z Emmą! Co ona w ogóle tu robi?! Przecież miała być w Polsce! Jak ona się tu znalazła?! W ogóle, dlaczego?! Po co tu przyjechała?!
Wybiegam ze szkoły, próbując znaleźć Julkę, którą straciłem z oczu przeciskając się pomiędzy uczniami. Muszę jej to wszystko wyjaśnić. Nie mogę pozwolić, żeby mnie rzuciła. Naprawdę mi na niej zależy i nie chcę jej stracić.
Staję na środku szkolnego boiska i zaczynam się rozglądać, nie mając pojęcia, gdzie może być Julka. Nowy York jest ogromny, nie znajdę jej, nie mając żadnej wskazówki, gdzie mogła iść. Okropnie się o nią boję.
- Henry, poczekaj! - słyszę nagle głos Emmy. Niechętnie odwracam się w jej stronę czekam na to, co ma mi do powiedzenia. - Kim była ta dziewczyna?
- To była... moja dziewczyna. - wyznaję. - Przepraszam, nie chciałem, żeby to tak wyszło. Jesteś naprawdę bardzo fajna i lubię Cię, ale nie w ten sposób.
- Rozumiem. Bardzo zależy Ci na tej dziewczynie, prawda? - pyta, na co przytakuję. - To leć za nią, wyjaśnij jej to.
- Chciałbym, ale nie mam pojęcia, gdzie jest. Przecież Nowy York jest ogromny. Ona może być wszędzie. - dzielę się z dziewczyną moimi przemyśleniami.
- Ja wiem, widziałam przez okno. Pobiegła tam. - twierdzi, wskazując mi kierunek.
- Dziękuję. - oddycham z ulgą i ruszam biegiem w tamtą stronę, mając nadzieję, że uda mi się znaleźć Julkę.

*per. Julii*
Siedzę nadal na ławce, patrząc w przestrzeń. Kiedy jednak próbuję się uspokoić, przed oczami widzę Henry'ego z tamtą dziewczyną, a łzy na nowo cisną mi się do oczu. Tego nie da się zapomnieć, a na pewno nie tak łatwo, jak bym chciała. To zbyt boli i przyszło zbyt niespodziewanie. Zastanawiam się tylko, dlaczego Henry wybrał ją. Co ona takiego ma, czego ja nie mam? A, no tak. Zapomniałam, że wygląda jak supermodelka.
Pociągam lekko nosem i odblokowuję telefon, a na ekranie od razu pojawia się uśmiechnięta twarz mojego chłopaka. Znaczy... teraz chyba już byłego chłopaka. Przeglądając aplikacje, coraz bardziej chce mi się płakać, bo niemal wszędzie jest coś związanego z Henrym. Jego zdjęcia, nasze wiadomości, jego posty na portalach społecznościowych. Chciałabym umieć usunąć to wszystko i zapomnieć, ale nie potrafię. Za bardzo go kocham, żeby usunąć choćby najmniejszy element związany z nim.
- Ej, Ty! Mamy do pogadania! - słyszę nagle dziewczęcy głos. Patrzę ze zdziwieniem na jego właścicielkę, odrywając wzrok od telefonu, i z jeszcze większym szokiem rozpoznaję w niej dziewczynę ze zdjęcia.
- Mówisz do mnie? - pytam, rozglądając się. Poza mną jednak, w alejce nikogo nie ma.
- A widzisz tu kogoś innego? - wzdycha z irytacją. - Posłuchaj, nie wiem, kim jesteś ani czego chcesz, ale dobrze Ci radzę, odczep się od Henry'ego.
- Słucham? - staję z nią twarzą w twarz, nie dowierzając.
- Głucha jesteś? Odczep się od mojego chłopaka. - dziewczyna popycha mnie lekko.
- Dla Twojej wiadomości, zanim tu przyjechał, był moim chłopakiem. - oznajmiam, patrząc na nią ze złością.
- Co? O czym Ty mówisz dziewczyno? - pyta z rozbawieniem. - Spotykam się z Henrym od pół roku, więc przestań zmyślać. On nigdy nie był i nie będzie Twój, rozumiesz?
- Nie zmyślam, ale w porządku, weź go sobie. Może jak przyłapiesz go z inną, to przejrzysz na oczy. - odchodzę od dziewczyny, kończąc dyskusję.
Przez kolejne kilka godzin chodzę po Nowym Yorku, zastanawiając się czy Henry naprawdę byłby zdolny, żeby ukrywać przede mną swoją dziewczynę przez całe wakacje. Do tej rozmowy myślałam, że po prostu znalazł sobie inną po przyjeździe tutaj, ale teraz sama już nie wiem, co myśleć.
Z zamyślenia wyrywa mnie melodyjka dochodząca z mojego telefonu. Spoglądam na ekran i dostrzegam twarz Kasi. Wzdycham cicho, po czym odbieram połączenie.
- Julka, gdzie Ty jesteś?! Miałaś czekać pod szkołą! - od razu słyszę zmartwiony głos dziewczyny.
- Ta, pod szkołą. Wybacz, ja tylko... wybrałam się na krótki spacer i trochę się zgubiłam. - wyjaśniam, w sumie zgodnie z prawdą.
- Ale jak to, sama? - pyta zdziwiona.
- Tak, sama. Wyjaśnię Ci wszystko później, tylko przyjedźcie po mnie i jedźmy już do domu. - proszę smutna.
- Dobrze, Julcia słuchaj, ja teraz dam Ci do telefonu Jamesa, a Ty powiesz mu, co widzisz, zgoda?
- Zgoda.
- Julka? Powiedz mi, co charakterystycznego widzisz wokół siebie. - słyszę w słuchawce głos Jamesa, więc mówię wszystko, co według mnie będzie przydatne. - Dobra, nie ruszaj się stamtąd. Zaraz będziemy.
Rozłączam się i czekam na moich przyjaciół. Wiem, że będę musiała przeprosić ich za zrobienie kłopotu i wszystko im opowiedzieć. Z jednej strony nie chcę mówić im, co zrobił Henry, ale z drugiej, dobrze jest się wygadać. Może jakoś mi to pomoże?
James i Kasia przybiegają po kilku minutach. Dziewczyna od razu zaczyna patrzeć, czy nic mi nie jest. Dopiero po upewnieniu się, że jestem cała i zdrowa, Jamesowi udaje się ją uspokoić. Odchodzi kilka kroków i dzwoni po taksówkę, zostawiając mnie na chwilę sam na sam ze swoją dziewczyną.
- Dlaczego nie czekałaś pod szkołą, tak jak się umawialiśmy? Czy Ty wiesz, co mogło Ci się stać?! - podnosi zdenerwowana głos.
- Przepraszam. - mamroczę cicho, zwieszając głowę.
- Co się w ogóle stało? Dlaczego chodzisz sama po Nowym Yorku? Gdzie jest Henry? - Kasia zaczyna zasypywać mnie pytaniami, starając się zachować cierpliwość.
- To dłuższa historia. Opowiem Ci w samolocie, okay? - patrzę na nią błagalnie, nie mając siły w tej chwili o tym rozmawiać.
- Dobra, zgoda. Jak tylko usiądziemy w samolocie, wszystko mi opowiesz. Każdy szczegół, jasne? - pyta, na co przytakuję.
Kilka minut później obok nas parkuje taksówka. Wsiadamy do niej wszyscy, a James podaje adres lotniska. Wzdycham cicho i zaczynam wpatrywać się w obrazy przelatujące za oknem.

*per. Henry'ego*
Siedzę pod ścianą jednego z budynków naprzeciwko lotniska zastanawiając się, gdzie może być Julka. Teraz już wiem, że Emma mnie okłamała. Kiedy poszedłem w kierunku, który mi wskazała, mojej dziewczyny nigdzie nie było. Coraz bardziej się o  nią martwię. Telefonu też nie odbiera, a SMSy w ogóle do niej nie dochodzą.
Nagle pod lotnisko podjeżdża taksówka. Niby ma to miejsce praktycznie co kilka minut, ale tym razem z auta wychodzą James i Kasia z Julką. Zrywam się z miejsca, chcąc podejść do dziewczyny i porozmawiać z nią, ale znalezienie się po drugiej stronie ulicy uniemożliwiają mi przejeżdżające co kilka sekund samochody. No tak, przecież to Nowy York.
Kiedy w końcu udaje mi się przejść przez ulicę, Julka jest już na lotnisku. Wbiegam do budynku i zaczynam szukać dziewczyny, jednak nigdzie jej nie widzę. Dopiero po kilku minutach dostrzegam ją, kierującą się w stronę odprawy. Zaczynam ją wołać, ale na lotnisku jest taki hałas, że szatynka nie ma szansy usłyszeć mojego głosu. Wprawiam nogi z powrotem w ruch i przepycham się między ludźmi, próbując dogonić Julkę. Niestety nie udaje mi się to. Dziewczyna przechodzi przez odprawę, a ja jedyne, co mogę zrobić, to patrzeć przez szybę na odlatujący samolot. Zdenerwowany uderzam pięścią w najbliższą ścianę, po czym siadam pod nią, podciągając nogi pod brodę. Obejmuję je kolanami, chowając w nich głowę, a złość przemienia się w smutek.
______________________________________________________________
Hej!
Tak, jak pisałam pod poprzednim rozdziałem, dzisiaj bardzo dużo działo się w kwestii związku Julki z Henrym. No i, przyznaję, trochę popłynęłam z długością rozdziału, ale chciałam zamknąć dzień w Nowym Yorku w jednym rozdziale.
Wybaczcie, ale dzisiaj nie będzie odpowiedzi na komentarze sprzed tygodnia, bo dosłownie za chwilę wyjeżdżam, a (przyznaję się bez bicia) zbyt późno zaczęłam pisać notkę, którą właśnie czytacie. Obiecuję, że za tydzień wszystko będzie już normalnie. Aha, i jeśli macie pomysł jak nazwać "sekcję", w której odpowiadam na komentarze, to możecie ją napisać.
P.S. Do zakładek dołączyła strona z jednorazówkami, więc możecie tam zajrzeć, bo zamierzam przywrócić one-shoty na bloga.
Do następnego.

Rozdział 104

ROZDZIAŁ 104
*per. Katarzyny*
Nie mogę uwierzyć, że naprawdę się na to zgodziłam. Naprawdę zgodziłam się na spotkanie z mamą Jamesa. Okay, kocham go, ale chyba jeszcze nie jestem na to gotowa. Teraz jednak nie ma już odwrotu, bo właśnie podjeżdżamy pod hotel, w którym mieszka Julka, a zaraz potem jedziemy na lotnisko. W sumie sama nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten wyjazd. Chyba dlatego, że nie chciałam robić Maslowowi przykrości. Widziałam, jak bardzo zależy mu na tym, abym poznała jego mamę. W końcu jesteśmy razem już jakiś czas, a żadne z naszych rodziców nie ma o tym pojęcia. Poza tym, James był taki słodki, kiedy proponował mi spotkanie ze swoją mamą, że nie potrafiłam mu odmówić.
Julka wsiada do samochodu, witając się z nami, a na moją twarz wkrada się lekki uśmiech. Dawno nie widziałam młodej i trochę się za nią stęskniłam, bo kiedyś przebywałyśmy razem codziennie pół dnia, albo i dłużej, kiedy spotykałyśmy się wszystkie u Patrycji, a odkąd rodzice zabrali Julkę do Polski, w ogóle się nie kontaktowałyśmy.
Na lotnisko dojeżdżamy kilka minut później. Wysiadamy z samochodu, a następnie idziemy na odprawę z niewielkimi plecakami, do których spakowaliśmy kilka ubrań na wypadek przedłużenia się pobytu w rodzinnym mieście Jamesa. O dziwo wszystko przebiega dość sprawnie, więc niedługo potem zajmujemy nasze miejsca w samolocie. Julka siedzi przy oknie, obok niej ja, a na samym końcu mój chłopak, który przez cały czas trzyma mnie za rękę, dzięki czemu trochę mniej się denerwuję. Stres jednak nie opuszcza mnie całkowicie. Ciągle myślę tylko o tym, jak zareaguje mama Jamesa na wieść o tym, że jej sławny syn spotyka się ze zwykłą, szarą dziewczyną. Okropnie się tego boję, ale wiem, że nie ma już odwrotu. Samolot startuje.
5 GODZIN PÓŹNIEJ
Latająca maszyna ląduje na lotnisku w Nowym Yorku. Wychodzimy z niej, po czym odbieramy nasze bagaże i kierujemy się na postój taksówek. Wsiadamy do jednej z nich, a James prosi o podwiezienie nas na ulicę, na której mieszka jego mama. Razem z Julką siedzę na tylnej kanapie, podczas gdy Jamie zajął miejsce obok kierowcy. Zerkam co kilka sekund na dziewczynkę, patrzącą z zafascynowaniem w okno. Widać, że jest bardzo podekscytowana tym wyjazdem.
Z auta wysiadamy niedługo później. Rodzinny dom James wygląda z zewnątrz bardzo ładnie. Nie jest co prawda jakiś niesamowicie duży, ale na pierwszy rzut oka daje się wyczuć ciepłą, rodzinną atmosferę bijącą z jego wnętrza.
- Dobra mała, szkoła jest na końcu ulicy i w prawo. Poradzisz sobie? - pyta James, wskazując Julce kierunek. Szczęśliwie złożyło się tak, że szkoła, do której uczęszcza Henry jest tyko kilka kroków od domu Pani Maslow.
- Tak James, nie jestem małym dzieckiem, dam radę. - uśmiecha się szatynka, oddając nam swój plecak.
- Okay, gdyby się coś działo, jesteśmy pod telefonem. Baw się dobrze i uważaj na siebie. - proszę, biorąc od niej bagaż.
- Jasne, papa. - macha nam i zaczyna biec w stronę pobliskiego gimnazjum, a ja zostaję sama z Jamesem przed drzwiami jego mamy.
- I jak Kochanie? Gotowa? - chłopak patrzy na mnie z uśmiechem.
- Szczerze? Ani trochę. Strasznie się boję. - wyznaję, przytulając się do niego.
- Ej, będzie dobrze. Moja mama jest bardzo miła, na pewno Cię polubi. - Jamie stara się mnie pocieszyć.
- A co jeśli nie? Co jeśli uzna, że nie jestem dla Ciebie odpowiednia? Co jeśli uzna, że zasługujesz na kogoś lepszego? - do głowy przychodzą mi najczarniejsze scenariusze.
- Skarbie, wyluzuj. Mama na pewno tak nie powie, a nawet jeśli by powiedziała, to i tak z Tobą nie zerwę, bo Cię kocham, tak? Nie panikuj. - głaszcze mnie lekko po plecach, chcąc dodać mi otuchy.
- Też Cię kocham. - zerkam na niego z ledwo widocznym uśmiechem. - Dobra, miejmy to już za sobą.
James dzwoni do drzwi, obejmując mnie ramieniem. Po dłuższej chwili w progu staje ładna, zadbana kobieta, a ja już wiem, po kim mój chłopak odziedziczył urodę. Mama szatyna przytula go stęskniona, po czym jej wzrok ląduje na mnie.
- Mamo, to jest moja dziewczyna, Kasia. Kasia, to jest moja mama, Cathy. - przedstawia nas sobie Jamie.
- Dzień dobry. Miło mi Panią poznać. - podaję kobiecie kulturalnie rękę.
- Dzień dobry Kasiu. Mi Ciebie też bardzo miło poznać. - ściska lekko moją dłoń, po czym wpuszcza nas do środka. Mieszkanie z wewnątrz wygląda jeszcze lepiej niż na zewnątrz. Tak jak podejrzewałam, jest tam bardzo przytulnie i czuć to rodzinne ciepło. Dom jest pięknie udekorowany. Gołym okiem widać, że Pani Maslow umie dobierać dodatki i lubi to.
Kobieta prowadzi nas do salonu, proponując coś do picia. Ja proszę o herbatę, a James o kawę. Jego mama kilka minut później przynosi nam napoje i siada naprzeciwko z uśmiechem naprzeciwko nas, zaczynając rozmowę. Kobieta rzeczywiście jest bardzo miła i chyba nawet mnie polubiła.
Razem z Jamesem spędzamy kilka miłych godzin na rozmowie z jego mamą. Atmosfera jest bardzo wesoła i aż żal kończyć nasze spotkanie, ale musimy zdążyć na samolot, więc żegnamy się z Panią Maslow i idziemy w stronę gimnazjum, skąd mamy odebrać Julkę.
______________________________________________________________
Hej!
Tak, jak mówiłam tydzień temu, na jeden rozdział odeszliśmy trochę od kłopotów Julki, ale już w następny poniedziałek będzie się bardzo dużo działo w kwestii jej związku z Henrym.
No i, jak co tydzień, czas odpowiedzieć na komentarze.

Marta, masz rację. Czasami brak wiadomości, to rzeczywiście dobra wiadomość. A ta niunia jeszcze zalezie Julce za skórę, ale nie poprzez SMSy.
Mi osobiście "100 rzeczy do przeżycia przed liceum" nie za bardzo się podobało (pomimo faktu, że tworzył to człowiek, który stworzył "Big Time Rush"), a Nadzdolni już tak. 
Sam zdecydowanie nie jest dobrym przykładem do naśladowania, a zwłaszcza dla Julki. No bo wyobraź sobie Julkę, która wplątuje się w bijatyki, robi nauczycielom kawały i wyzywa wszystkich, których nie lubi.
Jeju, James był w tym odcinku po prostu rozbrajający, a przyjacielnia wygrała wszystko. Pamiętam, jak się uśmiałam na tym odcinku. Zresztą, do tej pory mam taką samą reakcję, kiedy go oglądam.
No niestety, nie pierniczę. Ona serio ma czternaście lat, tylko nałożyła sobie zbyt ostry makijaż, przez co wydaje się o wiele starsza.
Jeju, jak tylko przeczytałam o tej tragedii, w mojej głowie już zaczął rodzić się obraz załamania Patrycji. Nie wiem czy go jakoś rozbuduję i wykorzystam, ale zalążek już jest, więc jeśli zdecyduję się wykorzystać ten pomysł, to w życiu bohaterów wybuchnie niezły chaos.
Kaczor Donald? Boże, jak ja tego dawno nie czytałam. Właściwie chyba mam jeszcze gdzieś stare numery magazynu z czasów dzieciństwa. Musiałabym poszukać, ale zapewne gdzieś są.
Posey? Ten od Belli Thorne? Dobrze kojarzę czy pomyliłam go z kimś innym? Napisz mi to, proszę, bo nie jestem pewna czy chodzi o tego.
Do następnego.

Rozdział 103

ROZDZIAŁ 103
*per. Julii*
Otwieram powoli oczy, nie do końca pamiętając, gdzie i dlaczego się znajduję. Dopiero po chwili przypominam sobie maraton komediowy, który zorganizowała Agata. Co prawda nie pocieszyło mnie to, ale przynajmniej na chwilę zapomniałam o tamtej dziewczynie i zdjęciu na profilu Henry'ego.
Zaspana biorę do ręki telefon i sprawdzam portale społecznościowe. Blondyn nadal się nie odezwał, po prostu świetnie. Piszę do niego kolejną wiadomość z prośbą o odpisanie mi, po czym odkładam telefon i idę do łazienki trochę się ogarnąć.
Po wykonaniu porannej toalety wchodzę do kuchni, gdzie panuje iście sielankowa atmosfera. Moja mama i Agata plotkują jak najlepsze przyjaciółeczki, a z ich twarzy nie schodzą uśmiechy. Podchodzę po cichu do lodówki, a następnie biorę z niej jogurt i idę do salonu, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie. Siadam na kanapie, po czym uruchamiam telewizor, od razu włączając Nickelodeon, który oglądałam do śniadania, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce. Akurat leci "iCarly", więc odrobinę pogłaśniam, skupiając się na kolejnej przygodzie bohaterów sitcomu. Pomimo smutku nawet udaje mi się uśmiechnąć po jednym z tekstów Sam. W sumie chciałabym być taka jak ona. Stanowcza, niezależna, pewna siebie i nieprzejmująca się opinią innych osób. Gdybym też taka była, życie byłoby o wiele prostsze.
Wzdycham cicho, a następnie idę do kuchni, gdzie wyrzucam puste opakowanie po jogurcie i myję po sobie łyżeczkę. Moja mama i Agata nadal rozmawiają i nie zapowiada się na to, żeby szybko skończyły. Wciąż zdają się mnie nie zauważać, więc kieruję się do pokoju, żeby ponownie sprawdzić, czy nie dostałam żadnej wiadomości od mojego chłopaka.
Siadam na łóżku i biorę do ręki telefon, odblokowując go. Ze zdziwieniem dostrzegam, że mam nową wiadomość. Wchodzę w wiadomości z nadzieją, że to SMS od Henry'ego. Niestety tak nie jest. SMS jest od Kasi, ale wywołuje u mnie nie mniejszy uśmiech, niż gdyby był od mojego chłopaka. Idę czym prędzej do kuchni, gdzie nadal siedzi moja mama i siadam obok niej.
- Mamo? - zaczynam niepewnie, zwracając na siebie uwagę także Agaty.
- Tak córeczko? - patrzy na mnie z uśmiechem.
- Mam sprawę. Bo Henry mieszka teraz w Nowym Yorku, a James i Kasia lecą tam jutro, no i Kasia pyta, czy nie chciałabym pojechać z nimi. Wiesz, mogłabym zrobić Henry'emu niespodziankę. To mogę jechać? - pytam, podsuwając mamie pod nos wiadomość z propozycją dziewczyny.
- W sumie do szkoły idziesz dopiero po weekendzie, więc nie widzę przeszkód. - mówi z uśmiechem, oddając mi telefon.
- Tak! Dziękuję! - przytulam ją mocno, po czym biegnę do pokoju, odpisując po drodze Kaśce. Wpadam do pokoju, rzucając telefon na łóżko, a następnie staję przed szafą. Otwieram ją i zaczynam zastanawiać się, w co mam się jutro ubrać. Wyrzucam wszystkie ubrania po kolei, przykładając każdy ciuch do ciała i przeglądam się w lustrze. Wszystko jednak wydaje się nijakie i nieodpowiednie. Zrezygnowana zaczynam sprzątać, raz jeszcze oglądając każde ubranie po kolei. Niestety koniec końców na nic się nie decyduję.
Wracam do kuchni, mając nadzieję, że Agata jeszcze nie wyszła i będzie miała ochotę wybrać się ze mną na te zaległe zakupy. Na szczęście szatynka nadal u nas jest i z chęcią zgadza się na wypad do centrum handlowego. Biegnę więc po pieniądze oraz telefon, a następnie wracam do dziewczyny. Chwilę później kierujemy się do galerii handlowej, snując wyobrażenia na temat mojego jutrzejszego spotkania z Henrym. Tak bardzo wczuwam się w rozmowę, że nawet nie zauważam, kiedy wchodzimy do budynku wypełnionego mnóstwem sklepów.
Wraz z Agatą zaczynamy przeszukiwać każdy sklep po kolei, w poszukiwaniu odpowiedniego ubrania na spotkanie z moim chłopakiem. Niestety nic nie wydaje nam się wystarczająco ładne na taką okazję. Z każdego miejsca wychodzimy z pustymi rękami, coraz bardziej zrezygnowane.
- Dobra, to nie ma sensu. Nigdzie nie jadę. - siadam smutna i zmęczona na jednej z ławek.
- No przestań, nie poddawaj się. - Agata zajmuje sąsiednie miejsce. - Przed nami jeszcze kilka sklepów i mnóstwo czasu, tak? Damy radę, tylko musimy zregenerować siły. Chodź, zjemy coś, a potem pomyślimy co dalej.
- Nie jestem głodna. - mamroczę ponura, jednak w tym samym momencie mój brzuch zaczyna cicho burczeć.
- Julka, o co chodzi? Co Ty kombinujesz? - dziewczyna patrzy na mnie zmartwiona i jakby lekko wystraszona.
- Nic, nieważne. - wzdycham. - Idziemy na dalsze zakupy?
- Nie, nie idziemy. Najpierw powiedz, co się dzieje.
- Jestem gruba i tyle. Możemy już iść? - pytam, wstając.
- Jaka gruba? O czym Ty w ogóle mówisz? - patrzy na mnie zszokowana, nie mając zamiaru opuścić ławki.
- W porównaniu do dziewczyny ze zdjęcia, owszem, jestem. - oznajmiam, po czym zaczynam szybkim krokiem kierować się w stronę kolejnego sklepu.
- Julia, Ty nawet nie widziałaś jej figury. - twierdzi, doganiając mnie.
- Nieprawda, widziałam ją już kiedyś na Facebooku. Wyświetliła mi się w proponowanych znajomych i z ciekawości weszłam na jej profil. Ona wygląda jak supermodelka, a ja? Ciągle chodzę w powyciąganych bluzach i trampkach, jestem gruba i w ogóle cała brzydka. - wchodzę do pierwszego, lepszego sklepu, chcąc skończyć już tę rozmowę.
- Julia, jesteś piękna i szczupła. Sama chciałabym mieć taką figurę jak Ty. A to, że chodzisz w takich, a nie innych ubraniach, świadczy o tym, że masz własny styl, który idealnie do Ciebie pasuje. Poza tym, ta dziewczyna wygląda tak "super" wyłącznie dzięki makijażowi, a Ty tego nie potrzebujesz, bo jesteś śliczna naturalnie. - Agata chodzi za mną krok w krok.
- Ta, jasne. Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś przyjaciółką mojej siostry. - wychodzę z kolejnego sklepu, zrezygnowana bardziej niż wcześniej. Siadam załamana na następnej ławce, chowając twarz w dłonie.
- Nie mała. Mówię tak, bo mam oczy. - kuca naprzeciwko mnie, łapiąc mnie za nadgarstki, a następnie odsłania mi twarz. - Okay, może ta dziewczyna bez makijażu też jest ładna, ale ważne jest, żeby być sobą, tak?
- No błagam Cię, takie pogadanki robili mi rodzice, jak wchodziłam w nastoletni wiek. Nie bądź jak swoje koleżanki, nie rób wszystkiego, co inni, bądź sobą i bla bla bla. - przedrzeźniam moją mamę. - Ja chcę tylko trochę schudnąć i czasem założyć coś poza bluzą i trampkami.
- W takim razie zgoda, ale tylko kilka kilogramów i będę Cię kontrolować, jasne? - pyta, na co ochoczo przytakuję. - A teraz idziemy coś zjeść czy dalej będziesz katować swój żołądek?
- Idziemy coś zjeść. - decyduję w trochę lepszym nastroju, więc kierujemy się do baru kanapkowego, znajdującego się w jednej z części centrum handlowego.
Po najedzeniu się, wraz z Agatą kontynuujemy poszukiwania idealnej stylizacji na jutrzejszy dzień. Do odwiedzenia zostały nam już tylko dwa sklepy, więc po wejściu do jednego z nich zaczynamy rozglądać się uważniej niż wcześniej. Nagle, pomiędzy wieloma wieszakami, dostrzegam piękną sukienkę z lekko pofalowanym dołem. Suknia ma wyrazisty, czerwony kolor i szerokie ramiączka. Jest ostatnią w takim kolorze, dlatego podchodzę do niej szybkim krokiem, a następnie sprawdzam cenę, biorąc ją do przymierzalni. Ubieram na siebie ciuch, po czym przeglądam się w dużym lustrze, wiszącym na ścianie. Sukienka sięga mi kilka centymetrów przed kolano, idealnie się prezentując, a ja po raz pierwszy w życiu nawet się sobie podobam.
Zakładam z powrotem swoje normalne ubrania i wychodzę z przymierzalni, zaczynając szukać Agaty, krążącej gdzieś między ubraniami. Kilka minut później kierujemy się już do kasy, oglądając moją zdobycz. Płacę czym prędzej za zakup, a następnie obieram kurs na sklep z butami.
- To jakich butów szukamy? - pyta Agata, wchodząc ze mną do obuwniczego.
- Baletek, bo w szpilkach nie umiem chodzić, a nie mam czasu na naukę. A, buty muszą być w identycznym kolorze jak sukienka. - zastrzegam, rozglądając się między półkami.
Szukanie baletek zajmuje nam na szczęście mniej czasu, niż szukanie sukienki i już po kilku minutach mam obok siebie kilka par butów do przymierzenia. Zakładam wszystkie po kolei, sprawdzając jak prezentują się na nodze oraz czy są wygodne. Przymierzenie każdej wytypowanej pary i wybranie najlepszej zajmuje mi mniej więcej pół godziny, ale w końcu się udaje. Zadowolona płacę za baletki i wychodzę ze starszą przyjaciółką z galerii.
Na dworze zapada już wieczór. Dopiero teraz orientuję się, jak dużo czasu spędziłyśmy na zakupach. Chyba po raz pierwszy aż tyle. W sumie sama się sobie dziwię, ale najważniejsze jest to, że koniec końców znalazłam idealny strój, w którym mogę pokazać się Henry'emu. Mam tylko nadzieję, że mu się spodoba.
Droga do hotelu zajmuje nam niewiele więcej czasu, jak pobyt w butiku. Zamiast jednak od razu wejść do budynku, czekam jeszcze z Agatą na Carlosa, który ma po nią przyjechać, żeby nie szła sama do domu o tej godzinie. To słodkie, że się tak o nią troszczy. Coś czuję, że niedługo będziemy mieli w paczce nową parę, ale na razie nie mówię szatynce o moich podejrzeniach. Z góry wiem, co by o nich powiedziała.
Carlos podjeżdża pod hotel po kilku minutach. Żegnam się z Agatą uściskiem, a ona wsiada do samochodu, machając mi. Odmachuję, po czym idę z szerokim uśmiechem do apartamentu. Witam się z rodzicami. Szybko pokazuję zaciekawionej mamie moje dzisiejsze zdobycze i idę do pokoju. Odkładam moje zakupy na łóżko, a następnie wchodzę do łazienki, gdzie biorę długi, gorący prysznic. Po wyjściu z kabiny ubieram się w piżamę i wracam do pokoju. Torby z ubraniami przekładam na krzesło biurowe, a chwilę potem kładę się do łóżka i zasypiam, myśląc o jutrzejszym dniu.

______________________________________________________________
Hej!
Dzisiaj ciąg dalszy sytuacji Julki. W następnym rozdziale będzie od niej mała przerwa, ale w kolejnych w temacie siostry Patrycji będzie działo się bardzo dużo, więc mam nadzieję, że lubicie Julkę.
A teraz czas na odpowiedzenie na komentarze spod poprzedniego rozdziału.

Marta, zachowania Dustina wyjaśnię trochę później, kiedy uporządkują sprawy Julki, ale niestety nie wiem, kiedy dokładnie to nastąpi, bo pomysłów mam rozpisane na co najmniej kilka kolejnych rozdziałów.
Niekoniecznie wszystkie nastolatki padają nad ranem. Wiem, że zegar biologiczny jest ustawiony po swojemu, ale ja na przykład, w wieku czternastu lat nie miałam problemu z nieprzespaniem nocki czy dwóch. Wydaje mi się, że trochę zależy to też od nawyków i trybu życia danego człowieka, ale nie znam się na tych sprawach, więc nie mówię nic więcej, żeby nie palnąć jakiejś głupoty.
Ta paniusia sporo namiesza w związku Julki i Henry'ego, tego możesz być pewna. I nie, nie jest starsza. Specjalnie szukałam aktorki, która będzie miała czternaście lat, żeby dopasować ją do wieku najmłodszych bohaterów. Mam jednak świadomość, że wygląda na starszą, ale wydaje mi się, że to przez makijaż. Niestety to (według mnie) było najlepsze zdjęcie tej aktorki i najbardziej pasowało do charakteru, który jej wymyśliłam, więc byłam zmuszona je wziąć.
W sumie ciekawy pomysł z tymi siostrami. Może kiedyś rzeczywiście to zrobię, tyko musiałabym dłużej nad tym posiedzieć i wymyślić, jak to możliwe. No nie wiem, zobaczy się.
Do następnego.

Rozdział 102

ROZDZIAŁ 102
*per. Agaty*
Nareszcie wszystko zaczyna się układać. Patrycji nikt już nie niepokoi, Dustin po ostatnich wydarzeniach w końcu wraca do żywych, a ja mam coraz lepszy kontakt z Carlosem. Coraz więcej czasu spędzam też z dziewczynami i znowu zaczyna być jak dawniej. Atmosfera w domu też bardzo się poprawiła, odkąd wszystko się wyjaśniło. I tylko Julki mi szkoda, bo liczyła, że spędzi chociaż odrobinę czasu z Henrym, ale kiedy wróciła, on wyjechał.
Z zamyślenia wyrywa mnie połączenie przychodzące na Skypie. Ze zdziwieniem dostrzegam, że dzwoni Julka. Zaniepokojona odbieram połączenie, a na ekranie laptopa pojawia się twarz dziewczynki. Na jej policzkach można dostrzec zaschnięte ślady łez, a w jej oczach smutek i zmęczenie. Zaczynam zastanawiać się, czy nastolatka tej nocy w ogóle spała. Wszystko jednak wskazuje na to, że nawet nie zmrużyła oka.
- Hej. Masz chwilę? - pyta cicho Julia, patrząc na mnie niepewnie.
- Hej, pewnie. A coś się stało? - patrzę na nią zmartwiona, przeczuwając, że nieoczekiwana rozmowa ma jakiś związek z Henrym.
- Można tak powiedzieć, tylko nie mów tego Patrycji, dobrze? Nie chcę jej znowu martwić. - prosi, podciągają kolana pod brodę.
- No nie wiem. Powinna wiedzieć. W końcu to Twoja siostra. - mówię, wahając się, a Julka zaczyna patrzeć na mnie błagalnym wzrokiem. - Eh... dobra, zgoda, ale jeśli to będzie coś naprawdę poważnego, porozmawiasz z Pati, jasne?
- Zgoda. A może mogłabyś do mnie przyjść? Wiesz, żeby porozmawiać w cztery oczy. - pyta niepewnie.
- W sumie dobry pomysł. W którym hotelu jesteście? - sięgam po telefon, aby zapisać adres.
- W tym przy Flower St. - mówi, poprawiając się na łóżku.
- Dobra, będę za mniej więcej pół godzinki. Papa. - macham jej i rozłączam się, a następnie wyłączam laptop i podchodzę do szafy, skąd wyciągam bluzę, którą na wszelki wypadek zawiązuję sobie w pasie.
Kilka minut później jestem już w drodze do hotelu, w którym zatrzymali się Państwo Krajewscy z Julką. Dziewczynka czeka na mnie przed budynkiem, patrząc w telefon. Tulę ją na powitanie, po czym kierujemy się w stronę galerii handlowej, gdzie rodzice Julki wysłali ją, żeby kupiła sobie trochę nowych ubrań.
- To w czym problem? Co się stało? - pytam w końcu po kilku minutach męczącej ciszy.
- Henry się stał. Nie odbiera ode mnie połączeń, nie odpisuje na SMSy, nie odbiera na Skypie, a na Facebooku był ostatnio kilka dni temu. - wyjaśnia, ponownie sprawdzając telefon.
- Julka, uspokój się. Henry nie ma Twojego nowego numeru, więc to normalne, że nie odbiera ani nie odpisuje. Na Facebooku nie był od kilku dni, bo pewnie ma sporo nauki, a skoro ma sporo nauki, to na Skypie też nie odbierze. Na pewno nic się nie dzieje. - próbuję choć trochę uspokoić zmartwioną nastolatkę.
- A jeśli ma inną? W końcu nie ma ze mną kontaktu od niemal dwóch tygodni, a w Nowym Yorku na pewno jest dużo ślicznych dziewczyn, które na niego lecą. - mówi, smutniejąc na myśl o tym.
- Nawet jeśli jest tam dużo ślicznych dziewczyn, to Henry Cię kocha, tak? Zaufaj mu.
- Ufam. Ufam, ale jest mi coraz trudniej, kiedy nie mam z nim żadnego kontaktu.
- Wiem, ale potraktuj to jak próbę. Jeśli Wasz związek przetrwa pomimo odległości i czasu, to przetrwa wszystko, wierz mi.
- Mam nadzieję. Ej, zobacz, dodał coś. - mówi, a na jej twarzy pojawia się uśmiech, żeby chwilę potem znów zniknąć.
- Co jest? - pytam zaniepokojona jej gwałtownymi zmianami nastroju.
- Wiedziałam, że tak będzie. - twierdzi, a w jej oczach pojawiają się łzy. Wyrywam jej telefon z dłoni i patrzę, co ją tak zasmuciło. Moim oczom ukazuje się zdjęcie jakiejś dziewczyny z okropnym dla Julki podpisem opublikowane z konta Henry'ego.
Dziewczynka zabiera mi komórkę i odbiega w stronę hotelu. Ruszam za nią, próbując ją dogonić. Udaje mi się to dość szybko, więc łapię ją za ramię i zatrzymuję.
- Poczekaj, co chcesz zrobić? - patrzę na nią zmartwiona.
- Schować się pod kołdrą i płakać. - oznajmia, próbując wyrwać swoje ramię z mojego uścisku.
- Nie ma takiej opcji. W tej chwili wyłączasz telefon i idziemy na zakupy, tak jak planowałyśmy. Nie pozwolę, żeby jedno zdjęcie zmarnowało Ci cały dzień. - mówię, po czym zaczynam ciągnąć Julkę w stronę galerii handlowej.
- I po co? Mam ubrania, nie potrzebuję nowych. Daj spokój. - prosi smutna.
- Może zakupy poprawiłyby Ci humor? - sugeruję z nadzieją, że nastolatka zgodzi się nie wracać jeszcze do hotelu.
- Nie mam ochoty, wybacz. - zwiesza głowę, powstrzymując łzy.
- To może chociaż kupimy lody i obejrzymy jakiś film? - proponuję, chcąc poprawić szatynce nastrój.
- Dobra, niech będzie. Może rzeczywiście to lepszy pomysł niż użalanie się nad sobą. - przyznaje mi rację, więc idziemy do najbliższego sklepu i kupujemy kilka pudełek lodów o różnych smakach, po czym wracamy do hotelu i siadamy w pokoju Julki, włączając pierwszą lepszą komedię.
______________________________________________________________
Hej!
Słuchajcie, w zeszłym tygodniu pisałam, że mam listę kilkudziesięciu filmów, które zamierzam obejrzeć i zrecenzować. Marta zaproponowała, żebym zrobiła ranking i za jednym zamachem opisała większość ilość filmów, za co dziękuję. Niestety pomysł ten raczej nie wypali, ponieważ mam zbyt dużą liczbę filmów do obejrzenia, aby opisać je w jednym poście, więc postanowiłam, że na końcu każdej recenzji będzie moja ocena filmu w skali od 1 do 10, a potem, po zrecenzowaniu wszystkich planowanych filmów, zrobię osobną zakładkę z rankingiem. Myślę, że będzie to dobre rozwiązanie, więc jeśli macie jakieś filmy, które chcielibyście, żebym zrecenzowała, podsyłajcie tytuły w komentarzach.
A teraz czas na odpowiedzenie na komentarze spod poprzedniego rozdziału.
Rose, nie mówiłaś mi nigdy, że jesteś w klasie z rozszerzonym hiszpańskim, ale powiem Ci, że jest to jeden z języków, którego chcę w przyszłości się nauczyć, ponieważ na razie umiem za jego pomocą tylko policzyć do dziesięciu. Niestety moja szkoła nie oferuje kursów z tego języka, a ja nie mam czasu, aby zapisać się na pozaszkolną naukę tego języka, więc niestety będę musiała poczekać jeszcze kilka lat. Tak na marginesie, też nie lubię geografii. Według mnie jest to najgorszy przedmiot jaki kiedykolwiek powstał.

Jeju, narobiłaś mi smaka na czekoladę z orzechami i McDonalda, ale jest już późno, więc niestety nie ma opcji, żebym poszła do sklepu i kupiła sobie jakąś przekąskę. Eh... będę musiała jakoś przetrwać do rana.
Freeganizm? Szczerze Ci powiem, że jeszcze o tym nie słyszałam, ale oszczędzanie pożywienia jest jak najbardziej na plus, więc życzę powodzenia.
Wiesz, zazwyczaj takie artykuły są albo kompletnie wyssane z palca (a przynajmniej niektóre informacje w nich zawarte), albo są tak źle napisane pod względem gramatycznym, że nie da się ich czytać (jestem humanistką, więc czepiam się takich rzeczy). 
No wiesz, nie mogło być za kolorowo. Ciągła sielanka i radość to nie w moich opowiadaniach. A Jadźka tak prędko się nie odczepi, nawet pomimo wyjazdu Julki z kraju, więc jeszcze pewnie nieraz pojawi się w rozdziałach.
Marta, Henry nie zaginął, spokojnie. Musiał po prostu wrócić do szkoły, bo Teri nie jest jego prawnym opiekunem, więc jego rodzice mogliby mieć kłopoty, gdyby został w Los Angeles.

No widzisz, Ty żartowałaś, a ja ani trochę. Serio już mam rozpisane te pomysły, więc naprawdę możesz zacząć się bać.
Ciekawe porównanie. Szczerze mówiąc obejrzałam tylko kilka odcinków Violetty. W sumie kiedyś chciałam obejrzeć cały serial, ale jakoś zawsze miałam coś innego do roboty. Być może jeszcze mi się uda, ale wracając, masz trochę racji. Julka jest typem osoby, która zamiast szczerej rozmowy woli trzymanie wszystko w sobie. Poza tym, ma czternaście lat, więc jest w okresie dojrzewania, a co za tym idzie, woli pobyć sama i popłakać zamiast zwierzać się komukolwiek, zwłaszcza że nie ma przyjaciółki w swoim wieku.
Na dzisiaj to tyle. Pierwsza recenzja filmu już wkrótce.
Do następnego.

Rozdział 101

ROZDZIAŁ 101
*per. Julii*
Wychodzę podekscytowana z samolotu na lotnisku w Los Angeles. Nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Że naprawdę tu jestem i nie muszę już użerać się z Jadźką i moją starą klasą. Odkąd wynikła cała sytuacja z moją dawną przyjaciółką, to było moje największe marzenie, które właśnie się spełnia.
Kątem oka spoglądam na rodziców, którzy idą obok mnie. Widzę, że oboje cieszą się z awansu taty. Zresztą, tak jak z każdego sukcesu. Pomimo upływu lat, moi rodzice wciąż kochają się tak, jak podczas pierwszego roku swojego związku. Na pierwszy rzut oka widać, że nadal wiele dla siebie znaczą i zauważyły to nawet ktoś, kto kompletnie ich nie zna. To po prostu widać po ich zachowaniu. Pomimo upływu czasu wciąż się wspierają i cieszą się ze swoich wzajemnych sukcesów. Chciałabym mieć w przyszłości tak dobre relacje z moją drugą połówką.
Wsiadam z mamą do samochodu, czekającego już na nas na lotniskowym parkingu. Tata wkłada nasze walizki, odebrane wcześniej z lotniska, do bagażnika, a następnie wsiada za kierownicę i odpala auto.
Podczas drogi do domu moich przyjaciół przeglądam Internet w telefonie, który udało mi się odzyskać na stałe pod warunkiem, że będę dostawać dobre stopnie. Dla mnie to nie kłopot, bo nigdy nie miałam jakichś wielkich problemów z nauką. Wkładam w uszy słuchawki, po czym odpalam swoją ulubioną playlistę i z nudów zaczynam przeglądać portale plotkarskie. Na niemal wszystkich stronach tego typu jest przynajmniej jeden artykuł o odnalezieniu mojej siostry. Z ciekawości czytam pierwsze kilka linijek jednego z tekstów i nie mogę uwierzyć w te bzdury. Niemal nic nie pokrywa się z prawdą. Oprócz linku do postu Kendalla, informującego o zaginięciu Patrycji, wszystko jest wyssane z palca, nawet jej wiek. Nie wiem, jaki imbecyl pisał ten artykuł, ale żeby nie sprawdzić przynajmniej takiej rzeczy, to naprawdę trzeba być genialnym.
Pod domem Big Time Rush parkujemy po mniej więcej trzydziestu minutach jazdy. Wysiadam z samochodu, po czym podchodzę podekscytowana do drzwi i pukam w nie kilka razy. Chwilę później drzwi otwiera moja siostra, do której od razu mocno się przytulam. Patrycja odwzajemnia uścisk ze śmiechem, wpuszczając nas do środka. Rodzice już wczoraj powiedzieli jej o awansie taty i przeprowadzce, więc nie jest zaskoczona naszą wizytą.
Witam się ze wszystkimi moimi przyjaciółmi, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo się za nimi wszystkimi stęskniłam. Nawet za Dustinem, z którym miałam chyba najsłabszy kontakt i z którym najmniej rozmawiałam. Nigdzie jednak nie dostrzegam Henry'ego.
- Yyy... Teri, a gdzie Henry? - postanawiam w końcu zapytać.
- Rodzice zabrali go do Nowego Yorku na rok szkolny, nie napisał Ci? - patrzy na mnie zdziwiona, a z mojej twarzy od razu schodzi uśmiech.
- N-nie wiem, musiałam zmienić numer, bo Jadźka spamowała mi wiadomościami i nie mogłam dokopać się do SMSów od Henry'ego, a na Facebooku nie byłam od nie wiem kiedy. - wyjaśniam smutna.
- Ej, nie martw się. Przecież jest Internet, SMSy, maile, Skype. Będzie dobrze. - stara się pocieszyć mnie, więc udaję, że wszystko jest w porządku, nie chcąc psuć atmosfery.
U BTR i dziewczyn siedzimy do wieczora. Cały czas robię dobrą minę do złej gry, a oni to kupują. No, może oprócz Patrycji, która widzi, że, chociaż się śmieję, do śmiechu wcale mi nie jest. Rodzice około 20 postanawiają jechać już do hotelu, co nawet mnie cieszy ze względu na to, że po pierwsze jestem zmęczona, a po drugie chcę już być sama.
Do naszego tymczasowego miejsca zamieszkania dojeżdżamy niedługo później. Tata odbiera klucz do, zafundowanego przez jego firmę, niewielkiego apartamentu i kieruje się z nami do windy. Wjeżdżamy na drugie piętro, gdzie znajduje się mieszkanie, po czym wchodzimy do niego, a rodzice od razu zaczynają zachwycać się jego wyglądem. Nie mając ochoty tego słuchać mówię tylko ciche "dobranoc", a następnie idę do swojego pokoju. Zamykam drzwi mojej nowej sypialni na klucz i, nawet się nie przebierając, kładę się do łóżka. Narzucam na siebie kołdrę i zamykam oczy, pozwalając dotychczas ukrywanym łzom, wypłynąć na powierzchnię.

______________________________________________________________
Hej!
Od razu na wstępie chcę przeprosić za to, jak wygląda zakończenie rozdziału, bo wyszło trochę chaotycznie, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. A teraz przejdźmy już do odpowiadania na komentarze spod poprzedniego rozdziału.
Marta, zgodzę się z Tobą, że rodzice Julki już dawno powinni wiedzieć o sprawie z Jadzią, ale Julii wystarczyło, że Patrycja wie. Nie sądziła, że jej była przyjaciółka posunie się do takich czynów. 

Chętnie powiem Ci, jak na to wpadłam, jeśli tylko napiszesz, na co takiego, bo szczerze mówiąc, nie za bardzo wiem, co Cię tak zdziwiło. 
Nie mam pojęcia, czy z tą gangsterką miałaś na myśli Julkę czy Jadźkę, ale podsunęłaś mi niezły pomysł, więc dziękuję, bój się. W sumie wzmianka o farbowaniu ciuchów na czarno też podsunął mi pewien pomysł.
W moim starym gimnazjum zazwyczaj było tak, że nauczyciele najpierw robili lekcję organizacyjną, PSO i wyjaśnienie wymagań na dany rok, a dopiero później startowali z tematami, więc tym się kierowałam.
Jak one to zrobiły? To bardzo proste. Jadźka, przechodząc obok Julki w klasie, wrzucła jej niepostrzeżenie telefon do plecaka i już.
Rose, rozwaliłaś system długością komentarzy. Serio, nie spodziewałam się aż tak obszernego odzewu, ale uwielbiam czytać komentarze, więc możesz rozpisywać się tak częściej.
Ah, wpisywanie prac klasowych i sprawdzianów jako kartkówki, znam to. Najgorsze, co może być. Nienawidziłam, kiedy moi nauczyciele tak robili. No i współczuję aż tylu sprawdzianów.
Wiesz, rodzice Julki chcą mieć pewność, że ich córka na 100% pójdzie do szkoły, a nie na wagary. No i, że nic jej się nie stanie.
Owszem, Jadźka powinna przeprosić Julkę, ale to taki typ człowieka, która nigdy w życiu nie przyzna się do swojego błędu ani nie przeprosi. Jadzia jest na to zbyt dumna.
Szczerze mówiąc, pisząc o zachowaniu dyrektora, wzorowałam się dyrektorze z iCarly. Pomyślałam, że skoro na moim drugim blogu dyrektorka jest potworem, tutaj dyrektor będzie do rany przyłóż.
Starałam się wziąć pod uwagę wszystkie propozycje, które zawarłyście w komentarzach. 
Najlepsza książka w Internecie? Bardzo mi miło, że tak myślisz, ale nie zgadzam się z tym. Opowiadanie zawsze mogłoby być jeszcze lepsze (do czego dążę), a w Internecie jest wiele znacznie lepszych fanfików o BTR. Niemniej jednak naprawdę bardzo mi miło, że uważasz moją książkę za najlepszą.
Oj tak, uwielbiam dodawać do postów rocznicowych statystyki. Czyli mówisz, że minęły już ponad dwa miesiące, odkąd zaczęłaś czytać mojego bloga? Jak ten czas szybko leci.
Jejku, wzruszyłam się. Bardzo dziękuję za życzenia. Oj, masz rację. Bardzo brakuje mi teraz wolnego czasu. Jeszcze raz dziękuję!
Jeśli chodzi o "Przemyślenia" i "Recenzje" planuję do nich wrócić. Ostatnio zrobiłam sobie listę kilku... dziesięciu filmów, które chcę obejrzeć i chciałabym napisać recenzję każdego z nich, więc mam nadzieję, że uda mi się to i już niedługo seria wróci na bloga. Co do serii "Przemyślenia" troszeczkę się waham, że mogłoby to nie zdać relacji na dłuższą metę, ponieważ nie wiem, o jakich tematach chcielibyście, żebym się wypowiedziała i nie wiem, czy jeśli zaproponujecie tematy, stanę na wysokości zadania i składnie opiszę moje przemyślenia dotyczące ich. Jeszcze pomyślę.
Oj, notka jest chyba dłuższa niż sam rozdział, wybaczcie. Następnym razem postaram się, żeby było na odwrót.
Do następnego.

ROZDZIAŁ 100

ROZDZIAŁ 100
TYDZIEŃ PÓŹNIEJ
*per. Julii*
No i stało się. Rodzice nie pozwolili mi wrócić z Patrycją do Los Angeles, a ja właśnie szykuję się na rozpoczęcie roku szkolnego w mojej starej szkole. W szkole, w której jest Jadźka i wszyscy moi znajomi, którzy teraz mnie nienawidzą.
Wzdycham cicho i raz jeszcze patrzę na swoje odbicie w lustrze. Biała koszula włożona w czarną spódniczkę i zapłakana, zmęczona twarz, to wszystko, co dzisiaj zobaczą znajomi, ale w sumie po raz pierwszy mam gdzieś mój wygląd. Teraz bardziej martwię się, że Jadzia urządzi jakieś przedstawienie, kiedy mnie zobaczy, a wiem, że w jej przypadku to możliwe.
Spoglądam na zegarek i niechętnie wychodzę z łazienki. Biorę z sypialni kopertówkę, do której chowam telefon, klucze, mały notesik i długopis, po czym schodzę na dół. Rodzice jakąś godzinę temu wyszli do pracy, więc wychodząc z domu, zamykam mieszkanie na klucz.
Powoli zaczynam kierować się w stronę szkoły, chcąc wydłużyć trasę najbardziej jak to możliwe. Po drodze mijam wielu nastolatków, idących na rozpoczęcie z uśmiechami na ustach. Większość idzie z przyjaciółmi lub w grupkach. Jestem jedną z nielicznych osób, przemierzających drogę samemu. Jest mi przykro, bo zazwyczaj chodziłam do szkoły z Jadzią. Może i jest jędzą, ale zawsze dotrzymywała mi towarzystwa i nawet, jeśli mnie nie słuchała, miałam do kogo otworzyć usta. Dziwnie czuję się, idąc całkowicie sama, ale widocznie tak musiało być.
Wchodzę niepewnie na szkolne boisko, gdzie większość mojej klasy stoi już w ciasnej grupce, żywo o czymś dyskutując. Gdy tylko mnie zauważają, ich rozmowa nagle cichnie i zapada niezręczna cisza. Widząc,że nie chcą mnie w swoim gronie, idę parę kroków dalej i siadam na schodach prowadzących do budynku szkoły.
Chwilę później na teren gimnazjum wchodzi Jadzia. Dziewczyna, jak zawsze, wygląda idealnie. Piękna, czarna sukienka perfekcyjnie na niej leży. Makijaż goszczący na jej twarzy jest zrobiony jakby wyszła prosto od kosmetyczki, a z włosów, upiętych w ciasny kok, nie wychodzi ani jeden niesforny kosmyk. We włosach Jadzi gości również kokarda, która tylko dodaje jej uroku. W dłoni nastolatki natomiast daje się zauważyć czarna kopertówka, cała w błyszczących cekinach.
Wstaję powoli ze schodów, po czym kieruję się w stronę drzwi budynku, modląc się, aby moja była przyjaciółka mnie nie zauważyła.
- Proszę, proszę, proszę. Kogo my tu mamy? - słyszę nagle głos blondynki, niosący się po całym boisku, na którym w jednej chwili zapada całkowita cisza.
- No cześć. - mówię cicho, odwracając się przodem do niej.
- Cześć?! Po tym, co mi zrobiłaś, śmiesz jeszcze tu wracać i jedyne, co od Ciebie słyszę, to "Cześć"?! - pyta załamanym głosem, a w jej oczach pojawiają się łzy. Nie ma co, aktorką to ona jest świetną.
- A co mam zrobić? Paść na kolana i błagać Cię o wybaczenie za coś, czego nawet nie zrobiłam? - patrzę na nią z niedowierzaniem pomieszanym ze wściekłością i smutkiem jednocześnie.
- Za coś, czego nie zrobiłaś? Masz tupet, żeby po tym wszystkim wrócić sobie, jak gdyby nigdy nic i jeszcze wszystkich okłamywać. Nie spodziewałam się tego po Tobie, ale wiesz co? Nic od Ciebie nie chcę. Po prostu więcej się do mnie nie zbliżaj. - mówi łamiącym się głosem i wchodzi do szkoły razem z naszą klasą, która ją pociesza. Wszyscy omijają mnie szerokim łukiem, a ja czuję się, jakbym rzeczywiście zrobiła coś złego. Siłą powstrzymuję łzy i wchodzę do budynku, gdzie zaczyna się już ceremonia rozpoczęcia nowego roku szkolnego.
Po uroczystości, która mija o dziwo bardzo spokojnie, idę z moją klasą i wychowawczynią do sali, aby jak co roku odebrać plan lekcji i wysłuchać kilkuminutowego przemówienia nauczycielki. Idę na szarym końcu, kilka kroków za ludźmi, z którymi jeszcze przed wakacjami tak świetnie się dogadywałam. W sali również siadam na samym końcu, widząc że wszyscy pozajmowali już swoje miejsca i patrzą na mnie wrogo, kiedy tylko podchodzę do zajętej przez kogoś ławki.
Chwilę później trzymam już w ręku mój nowy plan lekcji. Na pierwszy rzut oka nie wygląda aż tak źle, ale w praktyce pewnie będzie koszmarnie, jak co roku. Patrzę na wychowawczynie starając się skupić uwagę na jej słowach, ale przez cały czas czuję na sobie czyjś wzrok, co bardzo mnie dekoncentruję. Rozglądam się dyskretnie po klasie i udaje mi się dostrzec wpatrującego się we mnie chłopaka, siedzącego, tak jak ja, na końcu klasy, w rzędzie obok. Zaczynam czuć się trochę nieswojo, więc przenoszę wzrok z powrotem na nauczycielkę, która pozwala nam wyjść już ze szkoły i cieszyć się ostatnim dniem wolności.
Wstaję więc z krzesła, po czym biorę swoje rzeczy i czym prędzej wychodzę z sali. Nagle jednak zostaję wepchnięta do damskiej toalety. Łapię szybko równowagę i odwracam się w stronę napastnika. Ku mojemu przerażeniu przed sobą widzę Jadźkę. Cofam się o kilka kroków, bojąc się, co dziewczyna chce zrobić.
- Czego chcesz? - pytam, udając odważną. W środku jednak mam ochotę się rozpłakać.
- Publicznych przeprosin. - odpowiada jak gdyby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- Przepraszam, że nie powiedziałam Ci o wyjeździe. - mówię, wiedząc, że akurat w tej sprawie zawaliłam.
- Nie rozumiesz, co znaczy publicznych idiotko? Przed całą szkołą. - żąda, coraz bardziej zła.
- To sprawa pomiędzy Tobą, a mną. Nie będę przepraszać Cię publicznie. - stawiam się jej, nie mając zamiaru robić z siebie błazna przed wszystkimi uczniami.
- W takim razie możesz już wynosić się z tej szkoły, bo urządzę Ci takie piekło, o jakim nawet Ci się nie śniło. - mówi złowrogim tonem, podchodząc do mnie. Korzystając z tego, że odsunęła się od drzwi omijam ją i wybiegam z łazienki, a potem ze szkoły. Szybkim krokiem kieruję się do domu, gdzie zamierzam zamknąć się w pokoju i wypłakać przed powrotem rodziców.
Wpadam do mieszkania jak burza i zgodnie z planem biegnę do pokoju, uwalniając powstrzymywane przez całą drogę łzy. Przebieram się w pierwsze lepsze, domowe ubrania i kładę się na łóżku, cicho szlochając. Wiem, że Jadzia nie żartowała. Naprawdę zamierza zgotować mi piekło, a ja przecież tego nie wytrzymam. Za nią pójdą wszyscy. Wszyscy będą przeciwko mnie. Tak bardzo chcę wrócić do Los Angeles, ale mam świadomość, że to niemożliwe. Jedynym wyjściem, żeby uczyć się za granicą byłoby powiedzenie rodzicom o sytuacji z moją byłą przyjaciółką, ale oni mi nie uwierzą. Zawsze mieli Jadźkę za porządną, mądrą i miłą dziewczynę, tak jak wszyscy. Zostałam sama i muszę się z tym pogodzić.

NASTĘPNEGO DNIA
Wstaję niechętnie z łóżka, obudzona przez mamę. Wczoraj, kiedy wróciła razem z tatą, próbowałam jeszcze przekonać ich do zmiany zdania, ale nic to nie dało. W sumie moja rozmowa z rodzicami tylko pogorszyła sytuację, bo zaczęli obawiać się, że zamiast do szkoły w ramach buntu będę chodziła na wagary, więc postanowili, że będą mnie odwozić na lekcje, a po lekcjach przywozić do domu. A, no i oczywiście stwierdzili, że moje zachowanie jest spowodowane zadawaniem się z Henrym, więc stwierdzili, że będę mogła skontaktować się z nim dopiero wtedy, kiedy zacznę zdobywać dobre stopnie. Po prostu świetnie.
Ogarniam się w łazience i ubieram pierwsze lepsze ciuchy wyciągnięte z szafy, po czym wychodzę z łazienki, a następnie idę na śniadanie przygotowane przez mamę, biorąc po drodze plecak. Zjadam niechętnie czekającą na mnie jajecznicę, a następnie ubieram buty i idę do samochodu, w którym czeka już mój tata.
Kilka minut później tata parkuje pod szkołą, więc wysiadam z auta i wchodzę do budynku, po czym kieruję się do sali, w której mam mieć pierwszą lekcję, czyli historię. Pod zamkniętymi drzwiami pomieszczenia stoi już cała moja klasa, oczywiście z Jadzią na czele. Patrzą na mnie z pogardą, dając mi do zrozumienia, że nie chcą mnie w swoim gronie. Odchodzę więc o kilka kroków i czekam na nauczyciela, modląc się, żeby lekcja już się rozpoczęła.
Pierwsza lekcja mija moim rówieśnikom na rozmowach i śmiechach, gdyż nauczyciel mówi tylko o tym, czego będziemy się w tym roku uczyć. Nikogo to tak naprawdę nie interesuje, więc nie dziwne, że uczniowie zamiast słuchać rozmawiają ze sobą. Też bym tak robiła, gdyby nie to, że siedzę sama na końcu sali, a moi znajomi mnie nienawidzą.
Kolejną lekcją jest chemia. Na szczęście na tej godzinie nikt nie będzie miał odwagi się odezwać, bo nauczycielka jest bardzo surowa i za najmniejszy hałas potrafi zawołać do tablicy, nawet pierwszego dnia. Poza tym, ona nie bawi się w analizowanie z nami wszystkich tematów, które będziemy przerabiać podczas tych dziesięciu miesięcy. Od razu zaczyna normalną lekcję, przerabiając zagadnienia tematu pierwszego.
Wchodzimy do klasy, wyczytywani alfabetycznie z dziennika przez chemiczkę. Kobieta, jak co roku, każe nam siadać również alfabetycznie, przez co ląduję w ławce z jedną z teraźniejszych przyjaciółeczek Jadzi. Dziewczyna patrzy na mnie z kpiną, po czym odsuwa się w najdalszy kąt ławki. Siadam ze smutkiem na swoim miejscu i spoglądam na przechodzącą obok Jadźkę. Widzę po jej minie, że coś planuję i boję się, co.
Wzdycham cicho i skupiam całą swoją uwagę na nauczycielce, zaczynającej tłumaczyć dzisiejszy temat. Nie mija jednak kilka sekund, kiedy wrogo nastawiona do mnie blondynka podbiega do surowej kobiety ze łzami w oczach. Wygląda na naprawdę przerażoną, chociaż ja wiem, że nastolatka tylko gra, chcąc w ten sposób wdrożyć w życie jeden ze swoich podstępów. W końcu z lamentów Jadzi udaje nam się zrozumieć, że ktoś ukradł jej telefon.
- W tej chwili się uspokój. Na pewno go gdzieś zgubiłaś. Chodzisz z głową w chmurach, a potem wymyślasz sobie kradzieże. - twierdzi nauczycielka, zezłoszczona że ktoś śmiał przerwać jej lekcję.
- Ale ja widziałam, jak Julia Krajewska na przerwie robiła coś przy torbie Jadzi. Na pewno zabrała jej wtedy telefon. - odzywa się nagle jedna z dziewczyn, a ja blednę.
- Słucham? Nie zrobiłam tego. - zaprzeczam szybko, przerażona oskarżeniami.
- Nieprawda. Jako jedyna na przerwie zostałaś w szkole, zamiast wyjść na boisko. Na pewno zrobiłaś to w ramach zemsty za to, że powiedziałam ludziom prawdę o Tobie. - twierdzi Jadźka, a klasa ją popiera.
- Julia, pokaż plecak. - rozkazuje nauczycielka, więc podaję jej tornister, pozwalając go przeszukać. W pewnym momencie kobieta wyciąga z kieszeni mojego plecaka coś, co wydaje jej się podejrzane. Chwilę potem okazuje się, że to rzeczywiście telefon blondynki. Robię się niemal przezroczysta, a mój oddech gwałtownie przyspiesza.
- N-nie zrobiłam tego. - mówię cicho, próbując jeszcze się bronić.
- W tej chwili zapraszam do dyrektora. Tam będziesz się tłumaczyć. - oznajmia nauczycielka i wręcz siłą wyciąga mnie z klasy, prowadząc do gabinetu mężczyzny rządzącego szkołą. Jadwiga idzie oczywiście z nami, jako osoba pokrzywdzona.
Mężczyzna po usłyszeniu oskarżeń wzywa naszych rodziców i pozwala mi opowiedzieć moją wersję. Mówię więc, że owszem, zostałam na czas przerwy w szkole, ale nawet nie spojrzałam na torbę Jadzi. Widzę, że dyrektor jest skłonny uwierzyć w moją wersję, ale woli zaczekać na naszych rodziców. Wiem, że facet jest w porządku i wysłucha wszystkich domniemanych świadków, zanim wyda werdykt, dlatego nie boję się tak bardzo jak wcześniej.
Rodzice pojawiają się w szkole kilkanaście minut później. Zarówno rodzice moi, jak i Jadzi, są bardzo zdenerwowani całą sytuacją. Mama blondynki krzyczy na moją, twierdząc że wychowała mnie na złodziejkę, bandytę i, że gdyby to Jadzia była taka, już dawno wylądowałaby w szkole z internatem. Jadźka, słysząc to, jeszcze mocniej zaczyna obstawać przy swoim, zaczynając płakać. Dyrektor, uświadamiając sobie, że w ten sposób nigdy nie uda się dojść do prawdy, zarządza sprawdzenie nagrań z monitoringu, a mi kamień spada z serca.
Kamery z monitoringu potwierdzają moją wersję, a blondynka zaczyna jeszcze bardziej płakać, chcąc wziąć dyrektorka na litość. On jednak nie nabiera się na jej grę aktorską i wpisuje jej naganę za kłamstwo, a mnie puszcza wolno. Z jednej strony się z tego cieszę, ale z drugiej wiem, że teraz będzie tylko gorzej, a moja była przyjaciółka zrobi wszystko, żeby zemścić się za dzisiejszą naganę.
Wychodzę razem z rodzicami z gabinetu dyrektora i siadam z głośnym westchnieniem na pobliskiej ławce, rzucając plecak na podłogę. Czuję, że jeśli Jadzia wdroży w życie swoje kolejne plany, długo nie wytrzymam. Patrzę ze smutkiem na moich rodziców, a oni siadają obok mnie i zaczynają wypytywać o to, dlaczego pokłóciłam się z Jadźką. Bojąc się, że zachowanie dziewczyny w pewnym momencie zajdzie zbyt daleko, wyznaję rodzicom całą prawdę, łącznie z moimi obawami.
- Dlaczego od razu nam nie powiedziałaś? - pyta zszokowana mama.
- Myślałam, że mi nie uwierzycie. - mówię szczerze.
- Oj, córeczko, zawsze Ci uwierzymy. A następnym razem masz nam powiedzieć, jeśli coś będzie się działo, jasne? - żąda tata, przytulając mnie.
- A skoro już wszystko wiecie, mogę wrócić do Los Angeles i tam pójść do szkoły? - patrzę na nich błagalnie.
- No dobrze Julka, chyba już czas, żebyś się o czymś dowiedziała. - twierdzi mama,więc patrzę na nią pytająco i trochę niepewnie.
- Dostałem propozycję przeniesienia mnie do filii właśnie w Los Angeles, więc Pan dyrektor szykuje już do odbioru Twoje papiery i wylatujemy jutro z samego rana. - oznajmia tata, a w moich czach pojawiają się łzy szczęścia i niedowierzania jednocześnie. Przytulam mocno rodziców, a chwilę potem odbieram od dyrektora papiery i wracam do domu, spakować się na wyjazd, którego nie mogę się już doczekać.

______________________________________________________________
Hej!
No i nareszcie mamy 100 rozdział. Nie mogę uwierzyć, że napisałam tyle części tego opowiadania i, że ktoś to czyta pomimo wielu długich przerw w moim blogowaniu. Szczerze Wam powiem, że kiedy zaczynałam moją przygodę z Bloggerem, nie spodziewałam się, że uda mi się kiedykolwiek napiszę aż tyle rozdziałów, więc dziękuję, bo to tylko i wyłącznie dzięki Wam. No i, powiem Wam szczerze, że podziwiam Was za przebrnięcie przez wszystkie moje rozdziały, bo kiedy ostatnio wróciłam do części z początków tego bloga, miałam ochotę strzelić sobie czymś w głowę. Czytając pierwsze rozdziały ogarnęło mnie takie zażenowanie, że naprawdę dziwię się Wam, że udało Wam się przez to przebrnąć. Może kiedyś poprawię wszystkie części, ale na razie tego nie planuję, bo dzięki temu, że są, jakie są, mogę przypomnieć sobie moje początki i zobaczyć progres w pisaniu. Jeszcze raz więc bardzo, bardzo Wam dziękuję i obiecuję, że kolejne rozdziały będą jeszcze lepsze i zrobię wszystko, żeby przyjemnie czytało Wam się to opowiadanie.
Dzisiaj wyjątkowo nie będzie odpowiadania na komentarze spod poprzedniego rozdziału, ponieważ notka wyszłaby taka jak rozdział, albo i dłuższa i nikt by jej nie przeczytał, więc powiem tylko raz jeszcze DZIĘKUJĘ.
P.S. Nie dość, że jest to 100 rozdział, to jeszcze 150 post na blogu, więc świetny zbieg okoliczności.
Do następnego.