Rozdział 90 + ogłoszenie

Drogi Czytelniku!
Proszę, abyś po przeczytaniu rozdziału zapoznał się z notką pod nim, gdyż jest tam ważne ogłoszenie oraz kilka, nie mniej ważnych, informacji. Z góry dziękuję.
_________________________________________________________________________
ROZDZIAŁ 90
*per. Julki*
Po ośmiu godzinach płaczu i błagań o oddanie telefonu, samolot ląduje w Polsce. Wychodzę wraz z rodzicami z maszyny, po czym biorę moje walizki, ocierając bezustannie płynące łzy. Nie mogę uwierzyć, że mi to zrobili. Zawsze mówili, że chcą mojego szczęścia, a kiedy wreszcie byłam szczęśliwa, zabrali mi to.
To samo zrobią Patrycji, kiedy się odnajdzie i będzie chciała wrócić do Kendalla, a wiem, że będzie chciała, bo pomimo wszystko go kocha. Poza tym, jeśli dowie się, co Kend powiedział tacie, na tysiąc procent wybaczy mu to, co się stało. A ja nie pozwolę, żeby się tego nie dowiedziała, bo widziałam, jak bardzo szczęśliwa była z blondynem. Nie dopuszczę, żeby rodzice jej to zrujnowali.
Mam tylko nadzieję, że odnajdzie się dość szybko. No i oczywiście, że będzie cała i zdrowa. Nasi rodzice co prawda zgłosili jej zaginięcie na polskim komisariacie, a Agata ma jutro iść na komisariat w Los Angeles. Wiadomo jednak, jak działa policja. Zanim znajdą Patrycję może minąć dużo czasu. Zbyt dużo, dlatego jutro zacznę szukać jej na własną rękę. Jeszcze nie wiem, jak, ale wiem, że to zrobię. Nie pozwolę, żeby przez mozolność i lenistwo policji, mojej siostrze coś się stało. Nie mogę na to pozwolić. Przecież nie wiadomo, co porywacze jej robią ani co zdołają zrobić do zakończenia śledztwa w tej sprawie.
Pociągam cicho nosem i wsiadam do samochodu, czekając na rodziców, którzy pakują walizki do bagażnika. Zapinam pasy i wyglądam przez okno, zaczynając patrzeć na pędzących ludzi. Jedni wychodzą z lotniska, a drudzy na nie wchodzą. Wszyscy obładowani są bagażami. Niektórzy idą w kilka osób, niektórzy sami. Niektórym towarzyszą małe dzieci, niektórym nastolatkowie, a jeszcze innym staruszkowie. Wszyscy się mijają, ale nie zauważają drugiego człowieka. Idą przed siebie, pędząc w swoje strony.
Wzdycham cicho i odwracam się lekko, patrząc jak idzie rodzicom. Wkładają do samochodu ostatnią walizkę, po czym wsiadają na miejsca z przodu, a tata odpala silnik. Oboje zapinają pasy i ruszamy do domu. Do domu, w którym się wychowałam, a do którego nie mam ochoty teraz wracać, pomimo że zawsze myślałam, że będę wracać tam z uśmiechem i tęsknotą.
Patrzę przez okno, na przelatujący za szybą świat, a przed oczami przelatują mi wszystkie wspomnienia związane z Polską. Te dobre i te złe. Wzdycham cicho, a po moich policzkach ponownie zaczynają płynąć łzy. Ocieram je, ale nic to nie daje. Są nie do opanowania. Nagle w tłumie widzę znajomą blondynkę.
- Patrycja! - krzyczę, a zdezorientowany tata gwałtownie hamuje. Wypadam z auta i zaczynam biec w stronę, w którą poszła moja siostra. Przedzieram się przez tłum, śledząc wzrokiem jej blond włosy. Słyszę wołania rodziców, ale nie zatrzymuję się. Muszę ją dogonić. W pewnym momencie jednak Patrycja znika mi z pola widzenia, więc zaczynam ją wołać, wciąż biegnąc. Ludzie patrzą na mnie dziwnie, ale mam ich gdzieś. Wiem, że muszę zrobić wszystko, żeby jej nie zgubić. Niestety nagle całkowicie tracę ją z oczu. Zatrzymuję się i rozglądam, ale nic to nie daje. Jej nie ma. Tak jakby nagle zapadła się pod ziemię.
Siadam załamana na chodniku, szlochając cicho. To była prawdopodobnie jedyna szansa na dowiedzenie się, co się dzieje z Patrycją, a ja ją zaprzepaściłam. Chowam twarz w dłonie i pozwalam łzom moczyć je. Nagle czuję, jak ktoś podnosi mnie z zimnego betonu. Patrzę na tę osobę i widzę tatę. Pomaga mi wstać, a mama mocno mnie przytula i prowadzi z powrotem do samochodu. Podczas drogi mówię o wszystkim mojej rodzicielce, ale wiem, że niewiele rozumie z tego, przez mój stan. Kiedy dojeżdżamy do domu, rodzice kładą mnie do łóżka, a ja kulę się na nim i, po kilku godzinach bezustannego płaczu, zasypiam.
_________________________________________________________________________
Hej!
Tak, jak pisałam na początku, mam dla Was ważne ogłoszenie i kilka informacji. Otóż, zaczynając od jutra przez następny tydzień, na blogach nic nie będzie się pojawiało. Spowodowane jest to pewnym projektem, który przygotowuję.
Po drugie, zastanawiam się nad zmniejszeniem częstotliwości rozdziałów do jednego, ewentualnie dwóch, w tygodniu.
Po trzecie, zaraz po opublikowaniu tego rozdziału, biorę się za zakładkę "Zapytaj bohatera", więc myślę, że już jutro będzie ona zaktualizowana, także jeśli macie jeszcze jakieś pytania do bohaterów, zadawajcie je w komentarzach do zakładki.
Po czwarte, planuję ponownie zmienić wygląd bloga, aczkolwiek nie wiem czy mi to wyjdzie, więc jeśli blog w jakimś dniu będzie niedostępny, oznacza to, że zmieniam szablon.
Po piąte i już chyba ostatnie, to że przez tydzień na blogach nie będą pojawiały się rozdziały, nie oznacza, że będę niedostępna w sieci. Otóż nie, nadal będą działały wszystkie moje social-media, jak również to, co założyłam kilka dni temu, czyli Sarahah. Gdyby jeszcze ktoś nie wiedział, na Sarahah można wysyłać całkowicie anonimowe wiadomości do kogo się chce. Oczywiście ten ktoś musi mieć konto, więc tutaj podaję Wam screena mojego konta, na wypadek, gdybyście chcieli coś do mnie napisać, ale wolelibyście pozostać anonimowi.

Oczywiście w komentarzu możecie napisać mi, co myślicie o pomysłach wymienionych powyżej.
Do następnego.

Rozdział 89

ROZDZIAŁ 89
*per. Henry'ego*
Wpadam załamany do domu i biegnę do pokoju Teri, mając nadzieję, że tam właśnie jest, bo od kilku dni bardzo dużo czasu spędza z Dustinem w jego pokoju. Nie wiem po co, ale w tym momencie mało mnie to interesuje. Ważne, żeby właśnie teraz była u siebie.
Wbiegam z nadzieją do jej pokoju, ale jej, jak zwykle, tam nie ma. Wychodzę z niego szybko i idę do pokoju Dustina. Wchodzę do pomieszczenia, nawet nie pukając. Moja siostra siedzi na łóżku, rozmawiając z gitarzystą. Nawet mnie nie zauważają. Podchodzę do nich i zaczynam ciągnąć blondynkę w stronę drzwi.
- Ej, co Ty robisz?! - słyszę w jej głosie oburzenie i zdziwienie.
- Musisz zawieźć mnie na lotnisko. Teraz. - mówię najspokojniej jak umiem.
- Ponieważ? - pyta zaciekawiona.
- Ponieważ miłość mojego życia właśnie tam jedzie, żeby polecieć na drugi koniec świata. - wyjaśniam, a ona patrzy na mnie pytająco, nie wiedząc, o co chodzi. - Po prostu chodź. - zaczynam biec, ciągnąć ją za rękę. Chcąc, nie chcąc, Teri też musi przyspieszyć kroku. Ciągnę ją do samochodu i wręcz wpycham za kierownicę, wsiadając od strony pasażera.
- Henry, o co Ci chodzi? Dobrze się czujesz? - pyta zaniepokojona, przykładając mi rękę do czoła, w celu sprawdzenia czy przypadkiem nie mam gorączki.
- Błagam Cię, zawieź mnie tam. Wytłumaczę Ci wszystko później, tylko proszę, jedź już. - patrzę na nią błagalnym wzrokiem, mając nadzieję, że się zgodzi. Wzdycha cicho i odpala silnik, a ja zaczynam modlić się, żebyśmy zdążyli przed odlotem samolotu. W czasie, gdy ona prowadzi, ja wybieram numer do Julki i dzwonię, ale dziewczyna nie odbiera.
- Więc? O co chodzi? - zaczyna pytać Teri, zwalniając.
- Możesz jechać szybciej?! - krzyczę zniecierpliwiony, nie mając zamiaru odpowiedzieć na jej pytania.
- Tu jest ograniczenie prędkości, nie mogę przyspieszyć. - twierdzi, utrzymując tę samą prędkość, co przed chwilą.
- Błagam, no. Przez jeden mandat nie stracisz prawda jazdy. Proszę. - Teri jest nieugięta. Ani jej się śni przyspieszyć. Sprawdzam, co chwilę godzinę w telefonie, odliczając czas do odlotu Julii. Na lotnisko dojeżdżamy kilka minut przed opuszczeniem go przez samolot, którym ma lecieć szatynka.
Wbiegam do budynku najszybciej, jak umiem, i biegnę na miejsce odprawy, lecz kiedy dobiegam na miejsce, moja dziewczyna wchodzi już do samolotu. Wołam ją, ale nie słyszy mnie przez hałas, panujący na lotnisku. Nie mogę w żaden sposób jej zatrzymać. Jedyne, co mogę zrobić, to bezradnie patrzeć, jak samolot wzbija się w powietrze i odlatuje. Chowam ręce do kieszeni bluzy i kieruję się w stronę wyjścia, patrząc w ziemię. Nie mogę dopuścić do siebie, że wyjechała. Nie chcę tego do siebie dopuścić. Muszę wymyślić coś, żeby wróciła.

______________________________________________________________________
Hej!
Dzisiaj chcę tylko poinformować, że za dwa dni, wraz z nowym rozdziałem, pojawi się również ważne dla bloga ogłoszenie.
Do następnego.

Rozdział 88

ROZDZIAŁ 88
*per. Julki*
- Julka, poczekaj! - słyszę Henry'ego w momencie, kiedy mam wsiąść do samochodu. Odwracam się do niego przodem, jeszcze nieświadoma tego, co zaraz ma się stać. - Nie możesz wyjechać. - twierdzi, patrząc na mnie ze smutkiem.
- Muszę, zrozum to. Też tego nie chcę, ale nie mam wyboru. Dobrze wiesz, że gdybym miała cokolwiek do powiedzenia, to zostałabym tutaj, z Wami. - mówię załamana.
- W takim razie... muszę Ci coś powiedzieć. - oznajmia, podchodząc bliżej. Widzę, że jest mu ciężko to powiedzieć i nie wie, jak się do tego zabrać.
- Henry, posłuchaj. Jeśli nie jesteś jeszcze gotowy, żeby powiedzieć mi to coś, to nie mów. Przemyśl to na spokojnie i...
- Podobasz mi się. - mówi nagle, przerywając mi wpół zdania. Patrzę na niego zszokowana, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Od dawna mi się podobasz i naprawdę mi na Tobie zależy. Wiem, że jesteśmy tylko przyjaciółmi i, że pewnie nie czujesz tego samego, co ja, ale nie chcę Cię stracić. Nawet jeśli miałbym siedzieć do końca życia we friendzone, wolę to niż pozwolić Ci odejść. Chciałem Ci to powiedzieć od dawna, ale nigdy nie miałem wystarczająco dużo odwagi. A teraz, kiedy wyjeżdżasz i prawdopodobnie już nigdy Cię nie zobaczę, uznałem że to jedyna okazja, żebyś się dowiedziała. - wyznaje, po czym uśmiecha się smutno i idzie w stronę domu, a ja nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Mam wrażenie, że serce chce wyskoczyć mi z piersi, a w żołądku czuję taki sam ucisk, jak w dniu, kiedy zobaczyłam go w galerii handlowej. Biegnę za nim i zatrzymuję go chwilę przed wejściem do domu.
- Henry, ja... czuję to samo. - mówię niepewnie, patrząc na jego reakcję. Widzę, że jest w szoku.
- J-jak to? - pyta, nie dowierzając.
- Wybacz, że nie powiedziałam Ci wcześniej. Po prostu nie miałam odwagi, tak jak Ty, ale nie chcę, żebyś myślał, że jesteś mi obojętny, bo nie jesteś. - wyznaję, czując niesamowitą ulgę i szczęście. Jednocześnie jednak czuję też smutek, bo wiem, że przez mój wyjazd nie możemy być razem.
- Więc może, skoro oboje czujemy to samo, spróbujemy być razem? - pyta z nadzieją, łapiąc mnie za rękę.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, patrząc na to, co się teraz dzieje. - zabieram dłoń, a on automatycznie smutnieje. - Naprawdę bym chciała, ale moi rodzice tak czy siak nie zgodzą się, żebym tu została, a nie wiem czy najlepszym pomysłem jest związek na odległość. - dzielę się z nim moimi obawami, mając nadzieję, że to zrozumie.
- Poradzimy sobie. Porozmawiam z Twoimi rodzicami, a nawet, jeśli to nic nie da, to poradzimy sobie też w związku na odległość. Ufam Ci, a Ty ufasz mi, prawda? - pyta niepewnie, na co przytakuję. - Więc daj nam szansę. Wiesz przecież, że nie zrobię nic, co mogłoby Cię zranić.
- No... dobrze. - zgadzam się, wiedząc, że mówi prawdę. Ufam mu i wiem, że nie zrobi mi nic złego. Poza tym, zauważyłabym, gdyby kłamał. Znam go nie od dziś. Przytula mnie szczęśliwy, a ja wtulam się w niego z uśmiechem. Nadal nie mogę w to wszystko uwierzyć, ale jeśli to sen, to nie chcę się z niego budzić.
- Julia! Chodź, bo się spóźnimy! - słyszę nagle głos mojej mamy, więc odrywam się z niechęcią do blondyna i idę z nim w stronę samochodu.
- Wsiadaj i jedziemy. - rozkazuje tata, otwierając mi tylne drzwi auta.
- A... muszę jechać? - pytam niepewnie, mając nadzieję, że odpuszczą.
- Co to za pytanie? Oczywiście, że musisz. Nie zostawimy Cię tu samej. Dalej, wsiadaj. - mówi już zniecierpliwiony.
- Proszę Pana, Julka nie będzie tu sama. Przecież mieszają tu dziewczyny i jej ulubiony zespół. Nic jej się nie stanie. - Henry zaczyna przekonywać mojego ojca do zmiany zdania.
- Chłopcze, rozumiem, że lubisz moją córkę i przyjaźnisz się z nią, ale nie możemy jej tu zostawić. - tata jest nieugięty, ale chłopak się nie poddaje.
- Nie proszę Pana. Nie lubię Pana córki, ani nie przyjaźnię się z nią. Kocham pańską córkę i jestem jej chłopakiem. Zaopiekuję się nią, obiecuję. Przysięgam, że nie spadnie jej włos z głowy, tylko błagam, niech Pan jej nie zabiera. - prosi, łapiąc mnie za rękę. Patrzymy z nadzieją na moich rodziców, nie chcąc się rozstawać.
- Natychmiast wsiadaj do samochodu. - rozkazuje mój ojciec, odciągając ode mnie Henry'ego.
- Nie! - protestuję, a do oczu napływają mi łzy.
- Julka, nie kłóć się z tatą. - do dyskusji dołącza moja mama, stając po stronie swojego męża.
- Nie możecie mi tego zrobić. - chcę podejść do blondyna, ale tata zagradza mi drogę i wsadza do samochodu, po czym zamyka drzwi i wsiada za kierownicę, blokując je od środka. Szarpię za klamkę i uderzam otwartą dłonią w szybę, próbując wydostać się z pojazdu w jakikolwiek sposób. Chłopak podbiega do drzwi i próbuje mi w jakiś sposób pomóc, ale tata odpala nagle silnik i rusza, zmuszając Henry'ego do odskoczenia od auta.
Klękam na tylnym siedzeniu, patrząc przez tylną szybę, a po policzkach płyną mi łzy. Widzę, jak Henry biegnie za pojazdem, próbując nas dogonić, ale nie potrafi. Po ruchu jego ust rozpoznaję, że mnie woła, ale nie mogę nic zrobić. Jestem uwięziona w samochodzie z własnymi rodzicami, jadąc na lotnisko, z którego nie wrócę już do przyjaciół ani do chłopaka.
_________________________________________________________________________
Hej!
Spodziewaliście się, że właśnie tego nie przewidziała Julka? A może myśleliście, że chodzi o coś zupełnie innego? Myślicie, że ojciec sióstr ugnie się i pozwoli młodszej zostać w Los Angeles czy jednak zabierze ją do Polski? Koniecznie napiszcie mi to w komentarzu.
Do następnego.

Rozdział 87

ROZDZIAŁ 87
*per. Julki*
Siedzę z mamą w moim pokoju, pakując walizki. Tata rozmawia z Kendallem. Trochę boję się, co wyniknie z ich rozmowy i... jak zareaguje Henry na wieść o moim wyjeździe. Ostatnio dużo czasu spędzaliśmy razem i nawet się ze sobą zżyliśmy, ale nie powiedziałam mu jeszcze, że wracam do Polski. Nie miałam odwagi.
Wzdycham cicho i zamykam ostatnią walizkę. Omiatam wzrokiem pomieszczenie, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Polubiłam ten pokój. Przyzwyczaiłam się już do mieszkania w nim i nie chcę tego zmieniać. Nie chcę, ale muszę.
Nagle drzwi do pokoju otwierają się i staje w nich mój tata. Patrzy najpierw na mnie, potem na mamę, a chwilę potem na walizki. Podchodzi do nich i zabiera je, po czym wychodzi z pomieszczenia, a moja mama idzie za nim. Ja zostaję jeszcze chwilę w pomieszczeniu, patrząc na nie ze smutkiem.
- Dlaczego Twój tata wkłada do samochodu walizki? - słyszę nagle głos Henry'ego.
- Bo wyjeżdżam. - mówię cicho, odwracając się do niego przodem.
- Jak to wyjeżdżasz? Dlaczego? - pyta i nie wiem czy jest bardziej smutny, że wyjeżdżam, czy wściekły, bo mu nie powiedziałam.
- Rodzice nie pozwolą mi mieszkać tu samej. Muszę wrócić z nimi do Polski. - wyjaśniam, próbując opanować targające mną emocje.
- Przecież nie mieszkasz tu sama! Masz dziewczyny, masz BTR, masz mnie! - zaczyna krzyczeć, a mi puszczają nerwy.
- Przyjechałam tu z Patrycją, rozumiesz?! Rodzice nie prosili o opiekę nade mną dziewczyn, tylko ją! A jej nie ma! Ich nie obchodzi czy mieszkam tu zupełnie sama, czy z milionem innych osób, rozumiesz?! - wrzeszczę, wyprowadzona z równowagi. Ja też nie chcę stąd wyjeżdżać. Ale nie mam wyboru.
- I kiedy miałaś zamiar mi o tym powiedzieć?! Minutę przed wyjazdem?! A może zamierzałaś potraktować mnie jak tamtą dziewczynę?! - krzyczy, mając na myśl Jadźkę. W moich oczach pojawiają się łzy. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę to powiedział.
- Nie, nie zamierzałam... ale chyba tak byłoby najlepiej. - mówię cicho i wychodzę z pokoju, wymijając go. Schodzę na dół i żegnam się ze wszystkimi, powstrzymując płacz. Jeszcze nie wyjechałam, a już okropnie za nimi tęsknię. Nawet za Kendallem, na którego w teorii powinnam być wściekła za to, co zrobił.
Na sam koniec biegnę do pokoju Dustina, pożegnać się również z nim. Wiem, że to na razie jedyny sposób, żeby go zobaczyć. Odkąd to wszystko się stało, nie wyściubia nosa z sypialni. Zresztą, nie dziwię mu się. On naprawdę kochał Dagmarę, a ona oszukała go i zostawiła bez słowa. Naprawdę mu współczuję. Dał jej wszystko, a ona... ach, szkoda gadać.
Wchodzę niepewnie do pokoju bruneta i mocno go przytulam. Widzę, że powoli się z tego otrząsa, ale minie jeszcze dużo czasu, zanim całkowicie zapomni. Każe mi na siebie uważać, a ja jemu przestać o tym myśleć. Jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. Dagmara zupełnie na niego nie zasługiwała. Mam nadzieję, że Dustin znajdzie kiedyś dziewczynę, która naprawdę będzie go kochała.
Po pożegnaniu schodzę z powrotem na dół, gdzie czekają na mnie rodzice. Kątem oka zauważam, że Henry też zszedł na parter. Omijam go szerokim łukiem i wychodzę z rodzicami z domu, kierując się w stronę samochodu. Rodzice widzą, że jest mi ciężko rozstać się z przyjaciółmi, ale wiedzą, że nie mogą zostawić mnie tu praktycznie samej.
- Julka, poczekaj! - słyszę Henry'ego w momencie, kiedy mam wsiąść do samochodu. Odwracam się do niego przodem, jeszcze nieświadoma tego, co zaraz ma się stać.

_________________________________________________________________________
Hej!
Jak widzicie, rozdział jest znów wcześniej i znów ma iście polsatowe zakończenie. Wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać.
Do następnego.

Rozdział 86

ROZDZIAŁ 86
NEXT DAY
*per. Kendalla*
To już dzisiaj. Dzisiaj czeka mnie rozmowa z rodzicami Patrycji. Chyba jeszcze nigdy nie bałem się tak bardzo jak teraz. Wiem, że to przeze mnie Pati zaginęła i że jej rodzice zapewne znienawidzili mnie zanim mnie poznali. W sumie im się nie dziwię. Gdybym był na ich miejscu, też bym się znienawidził.
Patrzę na zegarek. Dwunasta. Za dwie godziny przyjeżdżają Państwo Krajewscy. Wzdycham cicho i wychodzę niepewnie z pokoju, kierując swoje kroki do kuchni. Wczoraj nic nie jadłem i dzisiaj są tego skutki. Kiedy wchodzę do pomieszczenia, wzrok wszystkich pada na mnie.
- Hej. - mówię cicho pod nosem i biorę jabłko.
- Jak się czujesz? - pyta Logan, na co wzruszam obojętnie ramionami i wychodzę stamtąd, nie mogąc znieść spojrzeń dziewczyn. Obwiniają mnie. To widać. Nie mam siły wchodzić na górę, więc siadam na pierwszym stopni schodów, opierając się plecami o zimną ścianę i zaczynam konsumować owoc. W gardle jednak mam wielką kulę, nie pozwalającą mi nic przełknąć. Pierwszy kawałek jabłka z trudem przechodzi przez mój przełyk, a potem jest już tylko gorzej.
Nie wiem, ile mija czasu, kiedy z kuchni wychodzi Julia. Patrzę na nią, a ona na mnie. W jej oczach widzę złość i smutek jednocześnie. Dziewczynka stoi tak przez chwilę, po czym wymija mnie i idzie do swojego pokoju. Nagle słyszę dzwonek do drzwi. Nie! Błagam, nie mówcie mi, że minęły już dwie godziny. Jak? Kiedy?!
Julia zbiega z powrotem na dół i otwiera drzwi. W wejściu stoją jej rodzice. Szatynka tuli ich i wprowadza do mieszkania. Widzę, że rodzice dziewczyn są załamani. Tak naprawdę im się nie dziwię. Gdybym to ja miał córkę, która została porwana, chyba nie dałbym rady normalnie funkcjonować.
W pewnym momencie wzrok ojca Patrycji pada na mnie, a mi staje serce. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak bardzo przerażony. Pan Krajewski pyta nagle, czy możemy porozmawiać w cztery oczy. Kiwam niepewnie głową i prowadzę go do mojego pokoju.
- Więc? Masz mi coś do powiedzenia? - pyta, kiedy przekraczamy próg pomieszczenia.
- Dzień dobry? - mówię ze strachem, uświadamiając sobie, że odkąd mężczyzna wszedł ze swoją żoną do domu, nie powiedziałem ani słowa.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry. Skoro nie wiesz, co powinieneś powiedzieć, to troszkę Ci pomogę. Powiedz mi... Kendall, tak? - zgaduje, gdyż nie przedstawiłem się, więc potwierdzam. - Powiedz mi Kendall, dlaczego wmawiałeś mojej córce, że ją kochasz, kiedy tak naprawdę nic do niej nie czułeś? Nie łatwiej było od razu spotykać się z tamtą drugą dziewczyną, a Patrycję zostawić w spokoju? Co Ci dało robienie Pati nadziei? - pyta, a ja nie mogę uwierzyć w to, co właśnie słyszę.
- Ale... ja naprawdę kocham Patrycję. Nie ma żadnej drugiej dziewczyny. Nigdy nie było. - mówię zgodnie z prawdą, chcąc wyjaśnić to wszystko.
- Dobrze Kendall, widzę że nie da się z Tobą szczerze porozmawiać, więc chcę tylko, żebyś miał świadomość, że jeśli Patrycja kiedykolwiek zostanie odnaleziona, Ty nie będziesz miał prawa się do niej zbliżać. Nigdy więcej. - oznajmia i idzie w stronę drzwi, a ja blednę. Nie mogę na to pozwolić. On nie może zabrać mi Pati.
- Proszę Pana, niech Pan zaczeka jeszcze chwilę. - zatrzymuję go. - Wszystko wyjaśnię, tylko proszę mnie wysłuchać. - błagam niemal na kolanach.
- Zgoda. Więc? - czeka na wyjaśnienia, a ja zaczynam wszystko mu opowiadać. Począwszy na kłótni, a skończywszy na powrocie do domu od Justice. - No proszę. Muszę przyznać, że jesteś świetnym aktorem. I umiesz nieźle wymyślać bajki. Ćwicz tę zdolność, tylko nie zbliżaj się więcej do mojej rodziny, jasne? - zadaje retoryczne pytanie i wychodzi z pokoju, a mi robi się słabo. Siadam na łóżku, czując że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Kręci mi się w głowie, a do oczu napływają mi łzy. Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie się stało. Dlaczego? Dlaczego on mi nie uwierzył? Dlaczego skreślił mnie przed poznaniem mojej wersji wydarzeń? Dlaczego uznał moją wersję za bajkę? Nie wiem. Już nic nie wiem.
_________________________________________________________________________
Hej!
Dzisiaj dodaję rozdział wcześniej, ponieważ zaraz wyjeżdżam i nie wiem, o której godzinie wrócę do domu. Mam nadzieję, że nie gniewacie się jakoś bardzo.
Jak widzicie, wreszcie doszło do starcia Kendalla i ojca Patrycji. Myśleliście, że właśnie tak przebiegnie rozmowa? A może wyobrażaliście sobie ją zupełnie inaczej? Możecie napisać mi w komentarzu, jak wyobrażaliście sobie ich spotkanie.
Do następnego.

Rozdział 85

ROZDZIAŁ 85
*per. Patrycji*
Samolot przygotowuje się do lądowania w Polsce. Piotrek cały czas siedzi obok, obejmując mnie. Nie mogąc nijak się od niego uwolnić, siedzę w bezruchu i czekam tylko, aż będę mogła wyjść na świeże powietrze. Czuję, że powoli robi mi się niedobrze. W duchu modlę się, żeby to wszystko okazało się snem. Koszmarem, z którego nie mogę się obudzić. Ale to nie sen. Wszystko dzieje się tu i teraz. Strach przeszywa całe moje ciało, nie pozwalając się ruszyć.
Samolot ląduje. Kilka minut później Paweł bierze mnie za rękę i prowadzi do wyjścia. Przez pierwsze kilka sekund próbuję wyrwać dłoń z jego uścisku, ale poddaję się, widząc jego wzrok. W jego oczach widać wściekłość. Wiem, co to oznacza. Spuszczam głowę i, bez słowa sprzeciwu, daję mu się prowadzić na zewnątrz latającej maszyny. Chwilę potem czuję stabilny grunt pod nogami i mam ochotę się rozpłakać. Nie wiem jednak czy ze szczęścia, że Paweł przy ludziach nie odważy się mnie skrzywdzić, czy ze smutku spowodowanego samotnością. W końcu, moi przyjaciele zostali na drugim końcu świata, a Malinowski nie pozwoli mi odwiedzić rodziców, więc jestem sama. Mimo, że jestem w swoim rodzinnym kraju, czuję że do niego nie pasuję. Owszem, nadal umiem rozmawiać po polsku i pamiętam, jak się tu żyje, ale czuję, że będzie mi bardzo trudno z powrotem się dopasować.
Podczas drogi do domu chłopaka oglądam miasto, chcąc zauważyć jakieś zmiany, ale niczego nie dostrzegam. To wciąż ta sama Warszawa, co przed moim wyjazdem. Nadal mnóstwo ludzi wymija się na chodnikach, zmierzając szybkim krokiem do swoich zajęć. Samochody nadal hałasują na ulicach stolicy, wypuszczając do środowiska cuchnące spaliny. Budowy, które mijałam w drodze na samolot, gdy wyjeżdżałam do Los Angeles, nadal trwają. Większość z nich. Niektóre są już zakończone, a niektóre dopiero się rozpoczynają. Mijam kilka znajomych twarzy, jeszcze z liceum. Ci, którzy mnie rozpoznają, machają mi i posyłają mi promienny uśmiech. Ci zaś, którzy nie rozpoznają mojej twarzy w tłumie ludzi, przechodzą obojętnie, zajęci swoimi sprawami. Nie mam im tego za złe. Przez pobyt w Stanach zmieniłam się. Nie tylko z charakteru. Bardziej się opaliłam, moje włosy stały się dłuższe, a ubiór modniejszy. Co prawda nadal nie przełamałam się na tyle, żeby założyć sukienkę lub spódniczkę, ale nie ubieram się już w same bluzy i T-shirty oraz jeansy, jak to było w czasach licealnych. Moje oczy nabrały też niecodziennego blasku, a usta częściej zaczęły się uśmiechać. Nie to, że w liceum chodziłam ciągle smutna. Po prostu przy ludziach starałam się zachować powagę, a teraz nie przejmuję się ich opinią.
Z zamyślenia wyrywa mnie nagły postój Pawła. Patrzę na niego niepewnie, widząc gdzie się zatrzymaliśmy. Jest to dom jego babci. Najmilszej kobiety z rodziny Malinowskich. Chłopak otwiera drzwi i wprowadza mnie do środka. Dyskretnie analizuję wszystko w zasięgu mojego wzroku, chcąc dojrzeć staruszkę, ale jej nie ma. Dom jest zupełnie pusty. Patrzę na niego zdziwiona i mimo, że chcę się dowiedzieć, gdzie jest jego babcia, boję się odezwać.
- Co? - pyta, widząc moją zdziwioną minę.
- G-gdzie jest Twoja babcia? - zadaję cicho pytanie, a na jego twarzy maluje się smutek, co dziwi mnie jeszcze bardziej.
- Ona... nie żyje. Od dwóch miesięcy. - mówi smutny, patrząc w ziemię. Pierwszy raz widzę go w takim stanie i nagle mam ochotę go przytulić. Wiem, jak bardzo był zżyty ze swoją babcią. Wiem, jaki miała na niego wpływ. Tylko dla niej był w stanie zrobić wszystko. Tylko ona umiała go opanować i przemówić mu do rozsądku.
- Przepraszam. Nie powinnam była pytać. - spuszczam głowę, czując się winna.
- Nie no, spoko. Skąd mogłaś wiedzieć? - pyta retorycznie i idzie zanieść swoją walizkę do pokoju, a ja uświadamiam sobie, że to był chyba pierwszy raz, kiedy zachował się po ludzku. Wzdycham cicho i wkładam rękę do kieszeni spodni, chcąc wyciągnąć z niej telefon. Tam jednak go nie ma. Blednę przerażona, gdy uświadamiam sobie, że w jego posiadaniu jest Paweł, a jego ludzkie zachowanie było jednorazowe i teraz może być już tylko gorzej.

________________________________________________________________________
Hej!
Punktualnie dodaję kolejny rozdział i trochę informacji. Otóż, jeśli klikniecie na samej górze bloga trzy kreski obok napisu "WYSZUKAJ" wysunie Wam się pasek boczny, na którym znajduje się archiwum bloga, ankieta oraz to, co dodałam tam wczoraj, czyli harmonogram rozdziałów. Znajdują się tam wszystkie daty do końca miesiąca, w których będą pojawiać się rozdziały, wraz z numerami tych właśnie rozdziałów. Od teraz więc, nie będę zapowiadać już rozdziałów w notce pod bieżącą częścią, tylko jak ktoś będzie chciał się dowiedzieć, kiedy może spodziewać się nowego rozdziału, będzie musiał kliknąć właśnie w te trzy magiczne kreski.

Dzisiaj zamierzam też zaktualizować zakładkę "Zapytaj bohatera", ponieważ widziałam, że pojawiło się tam nowe pytanie, więc jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o bohaterach, napiszcie swoje pytanie w komentarzu do tamtej zakładki.
Zastanawiam się również czy jest dalej sens prowadzić serię "Przemyślenia" oraz "Recenzje". Możecie napisać mi czy chcielibyście przeczytać dalsze posty z tych serii czy raczej nie. A może macie pomysł na inną serię, którą mogłabym poprowadzić? Koniecznie napiszcie mi to w komentarzu.
Na dzisiaj to chyba tyle. Zapraszam Was jeszcze na mojego drugiego bloga, gdzie wczoraj pojawił się nowy rozdział, a gdzie kolejna część pojawi się także jutro o godzinie 16:00.
Do następnego.

Rozdział 84

ROZDZIAŁ 84
*per. Kendalla*
Siedzę załamany w pokoju, patrząc na zdjęcie Patrycji. Jej ostatnie zdjęcie zrobione kilka dni przed porwaniem. Zdjęcie z plaży. Zdjęcie, które sam zrobiłem. Nie mogę uwierzyć, że od tego czasu minęły zaledwie trzy dni, a jej nagle nie ma. Nie mogę pogodzić się z tym, że na to pozwoliłem. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko się stało.
Patrzę na fotografię i przypominam sobie wszystkie chwile spędzone wspólnie z dziewczyną. Koncert, na którym się poznaliśmy, naszą pierwszą rozmowę, pierwszy pobyt w jej domu, pierwszy uścisk, wspólny lot samolotem, gra w butelkę, niedoszły pocałunek, wyznanie miłości, pierwszy pocałunek, wspólne dni spędzone w domu, wypad na plażę i wreszcie naszą pierwszą kłótnię. Nie mogę uwierzyć, że oskarżyłem ją o zdradę. Przecież ona nigdy w życiu by mi tego nie zrobiła. Szkoda tylko, że uświadomiłem to sobie dopiero, kiedy zniknęła.
W oczach mam łzy, które chwilę potem wydostają się na światło dzienne i spływają strumieniami po moich policzkach. Z mojej klatki piersiowej wyrywa się cichy szloch, a zaraz potem następny i kolejny. Nie mogę tego opanować. Nie mogę przestać płakać. Chcę móc przytulić się teraz do Patrycji. Chcę, żeby mnie uspokoiła. Żeby powiedziała, że wszystko jest w porządku.
Nagle słyszę pukanie do drzwi, ale nie mam nawet siły podnieść się z łóżka. Mój niespodziewany gość wchodzi po chwili do środka, korzystając z tego, że nie zamknąłem drzwi na klucz. Patrzę w tamtą stronę i widzę Logana. Odwracam wzrok i wracam do wpatrywania się w zdjęcie. Łzy przysłaniają mi widoczność, ale nie zwracam na to uwagi. Po chwili czuję jak materac ugina się pod ciężarem jeszcze jednej osoby. Siadam powoli, odkładając telefon i ocieram łzy i przez jakiś czas oboje siedzimy w ciszy, ponieważ żaden z nas nie wie, co powiedzieć.
- Wiecie już coś o Patrycji? - pytam w końcu cicho, zachrypniętym od płaczu głosem.
- Nie. Jesteś z Justice? - zadaje nurtujące go pytanie, a ja mam ochotę parsknąć śmiechem.
- Nie. Przecież wiesz, że jej nie kocham. - mówię, patrząc w podłogę.
- Więc dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego ją całowałeś? Dlaczego nie zaprotestowałeś, kiedy mówiła, że się kochacie? Dlaczego nie broniłeś Patrycji, kiedy Victoria ją obrażała? Dlaczego u niej nocowałeś? - zadaje mnóstwo pytań naraz, a ja nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.
- Ja... nie wiem, ja nic nie pamiętam z zeszłego wieczoru. - odpowiadam zgodnie z prawdą, a on patrzy na mnie zdziwiony.
- Jak to nie pamiętasz? Przecież nie byłeś pijany, prawda?
- No nie byłem. Wypiłem ledwo jednego drinka, w dodatku słabego.
- Czekaj, od jakiego momentu nic nie pamiętasz?
- Właśnie od wypicia tego drinka. Wziąłem kilka łyków i nic. Pustka. - wyznaję szczerze i zerkam na bruneta.
- I nikt Ci niczego nie dosypał, tak? Nie oddalałeś się od baru?
- Nie. Co prawda nie obserwowałem każdego ruchu barmana, ale raczej zauważyłbym, gdyby coś mi dosypywał. - mówię, mając coraz większy mętlik w głowie.
- Skoro tak twierdzisz. - wzrusza ramionami Henderson i idzie do wyjścia.
- Logan? - pytam nagle, zatrzymując go. - Opowiesz mi, co się wczoraj działo? - proszę niepewnie, mając nadzieję, że chociaż on w jakiś sposób mi pomoże. Widzę, że się waha, jednak już kilka chwil później siada z powrotem obok mnie i zaczyna opowiadać mi wszystko, czego dowiedział się od Carlosa, a czego ten dowiedział się od Agaty po długiej rozmowie. Słucham tego wszystkiego z zaciekawieniem, a jednocześnie przerażeniem i niedowierzaniem.
- A właśnie, Julka kazała przekazać, że jutro będę tu jej rodzice. Podobno chcą z Tobą rozmawiać. - mówi na koniec i wychodzi, zostawiając mnie blednącego i przerażonego perspektywą stanięcia twarzą w twarz z rodzicami Patrycji.
_________________________________________________________________________
Hej!
Tak, jak obiecałam, po małej przerwie, w końcu pojawia się rozdział. Mam nadzieję, że cieszycie się  z tego tak samo, jak ja. Szczerze mówiąc, stęskniłam się za blogowaniem, ale nie będę się na ten temat rozpisywać, bo notka wyjdzie dłuższa niż rozdział (co już kilkakrotnie mi się zdarzało).
Odchodząc troszkę od tematu, mam jeszcze prośbę do Marty. Droga Marto, jeśli to czytasz, to byłabym wdzięczna, gdybyś przesłała mi na maila przynajmniej okrojoną część Twojego komentarza, ponieważ z natury jestem troszkę niecierpliwa, a bardzo zależy mi na Twojej opinii, więc jeśli nie byłby to dla Ciebie problem, to byłabym Ci bardzo wdzięczna.
I na sam koniec, chcę Was zaprosić na mojego drugiego bloga (TUTAJ), na którym rozdział pojawi się już jutro o 16:00.
Do następnego.